O ograniczeniach religijnego wychowania

Cześć kochani. Nie o samej religii dziś chciałam. Nie o tym, czy jest Bóg, jaki jest Bóg, gdzie jest Bóg, co po śmierci. Chociaż kocham ten temat:) Może innym razem. 
 
Zainspirował mnie wykład Louise Hay. Jedna rzecz bardzo, bardzo mnie rozśmieszyła. W swojej prostocie, dosłowności i miłości. Otóż, jakiś człowiek się żali na coś Louise. Louise go pyta: „Ale po co się poświęcać i cierpieć dla dobra innych?”. Ktoś odpowiedział „Żeby pójść do nieba”. Na co Louise: „A czy nie można się tam dostać inaczej?”

Nie wiem, czy wiecie, co się stało z biblią w czasie soboru w Nicei, w pierwszych wiekach  chrześcijaństwa. W mojej opinii, biblia nie zawiera całej prawdy. Biblia została edytowana, żeby religia mogła służyć w celach kontroli nad człowiekiem. Jezus męczennik? Który w dodatku mówi „naśladujcie mnie”, „weźcie swój krzyż”? To taki archetyp w naszej kulturze. Męczennicy są otoczeni chwałą. Jeśli ktoś cierpi dla dobra innych, to robi dobrze, należy go nie tylko czcić, ale najlepiej też naśladować. I jeśli dla człowieka ważniejszy jest bliźni, niż on sam, to chwała mu za to. Nie, kochani. Przecież to ewidentny twist. 

A jednak, ludzie dalej przez to cierpią. Dalej nosimy to brzemię, co ktoś nam kiedyś powiedział, w nieczystym celu. Dalej uważamy, że należy się poświęcać. Dla męża, dla dzieci, dla rodziny, dla przyjaźni… Należy poświęcić to, co lubimy, dla dobra kogoś innego. Czasem nawet poświęcić to, w co wierzymy, dla dobra innych. To kim jesteśmy. Tracimy siebie kawałek po kawałku, budując tylko fałszywe wzmocnienia dla ego „jestem takim dobrym człowiekiem, skoro podejmuję takie decyzje”. 

Skoro już mówimy o Jezusie… Kto powiedział „kochaj bliźniego, jak siebie samego”? No właśnie. Nie zapominajmy tej drugiej części. Wszystko zaczynamy od nas samych. Miłość też. Żadna krzywda, którą sobie zadamy, w jakimkolwiek szczytnym celu, nie będzie dobra. Zło nie może prowadzić do dobra. Ból jednego człowieka, nie może prowadzić do radości drugiego. 

Czy chciałabym, żeby kochał mnie ktoś, kto nie kocha samego siebie? Kto przegląda się w moich oczach, nie swoich? Kto poświęca się dla mnie, rezygnuje z tego kim jest, bo sądzi, że dla mnie tak będzie najlepiej? Wow… taka miłość… to by był dla mnie wielki ciężar. Nigdy nie chciałabym podobnej odpowiedzialności, za życie drugiego człowieka. 

Nie potrzebujemy zbawicieli. Możemy zbawić samych siebie. Nie oddawajmy naszej mocy. Zostawmy ją przy sobie. WTEDY dopiero, będziemy mogli pomagać innym. Jak sami będziemy silni, piękni, dobrzy dla siebie. Będziemy mogli się dzielić tym, co mamy… Świecić. (btw słowo „świecić”, ale takie bliskie słowu „święcić”:) I nie tylko będziemy mogli pomagać, będziemy też mieli szansę dostać się to naszego „nieba”. 

Jak jakaś droga nam się nie podoba, zaczyna uwierać, miejmy odwagę ją zakwestionować. Nieważne, jak długo w coś wierzyłeś. Nieważne nawet skąd dane przekonanie pochodzi. Ważne, że nie jest twoje. Usłyszałeś, uwierzyłeś. Może nawet tak wcześnie, że nie byłeś jeszcze w stanie tego podważyć, myśleć za siebie. Ale możesz teraz. Jesteś dorosły. It’s only a thought and the though can be changed.
God bless us all <3 


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Koniec Agaty. Tak właśnie.

Barbara Kazana