wtorek, 17 lutego 2015

Bezcenne

Jak Wam mija przedwiośnie? O, ośmieliłam się już użyć tego słowa :) No co, słonko pięknie świeci, dni coraz dłuższe, wsadziłam z dziećmi pierwiosnki z domu do ziemi w ogrodzie... Przedwiośnie pełną gębą.

Byłam z dziećmi na Pingwinach z Madagaskaru. Bajka jak bajka, głupia - niegłupia, nie mnie to oceniać. Bardziej niż na ekranie skupiałam się na Jacku i Asi. Te dzieci śmiały się całym sobą. Od koniuszków palców u stóp po sam czubek głowy. Cała istota Jacka i cała istota Asi się śmiały. Były śmiechem. Wtedy właśnie przejrzałam na oczy i dostrzegłam. Bardziej niż one ode mnie, ja się uczę od nich. Czystych emocji przeżywanych całym sobą i tylko przez chwilę. Wybaczania, po pięciu minutach. Świeżego spojrzenia na rzeczywistość, nieprzyćmionego jeszcze wiedzą. Ufności, że wszystko jest właśnie tak, ja ma być. A nade wszystko spontaniczności. Czyli po prostu bycia sobą, bez, nawet cienia myśli, że coś w nich samych (bądź też w ich zachowaniu) może być nie tak. Za to wszystko jestem moim dzieciom wdzięczna. I mam wielką nadzieję, że wraz z dorastaniem stracą z tych swoich przyrodzonych skarbów jak najmniej.

wtorek, 3 lutego 2015

Z pyska uśmiechniętego

Jejku to już luty! Już kawał roku 2015 za nami, a ja nawet nie miałam okazji za dużo razy napisać "2015". Pewnie jeszcze bym się myliła na korzyść przeszłości ;) Wiecie co, dokładnie tydzień temu miałam strasznie podły nastrój. Myślałam nawet, że mam rzut i że nie ma co czekać, tylko trzeba się meldować w szpitalu. Rzadko mi się zdarza tak upaść psychicznie i poddać się swoim lękom, ale muszę Wam powiedzieć, że wtedy byłam już prawie na dnie. I co? Minął tydzień, wszystkie okoliczności zmieniły się na gorsze, (tak - w rodzinie zaraza, dzieci ledwo zipią, wszystkie pieniądze jakoś się wydały, moje zdrowie też dostało po twarzy..), ale w sercu mi błogo. Lekko na duszy. Już się niczego nie boję. Już wiem, że wszystko się dobrze ułoży. Jak to wytłumaczyć? Pewnie jakoś by się dało. Tylko po co? Och, kochani, całuję Was wszystkich z głębi mojego paradoksu! :*

[edit] PS. Właśnie dzwoniła Marta. Marta mówi, że piszę na tym blogu same bzdury. "I po co to wszystko, ładne dzieci masz, to wrzucaj zdjęcia!". Tylko tak mi szkoda chwil, na robienie tych zdjęć... No zobaczymy, na razie nic nie obiecuję ;)

niedziela, 25 stycznia 2015

Eric Emmanuel Schmitt

Eric Emmanuel Schmitt. Pewnie słyszeliście to nazwisko. Francuski powieściopisarz, dramaturg. Piszę dziś do Was z głębi serca i na świeżo, bo właśnie skończyłam czytać dramat "Intrygantki" i cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem. Eric Emmanuel Schmitt jest pierwszym autorem, którego poznałam odkąd odkryłam dla siebie mistycyzm, który zdaje się ubierać w słowa, to co we mnie głęboko tkwi i do czego, mniej więcej rok temu, zaczęłam się zbliżać, powoli, powoli, zbliżać . Cytując za jedną z jego powieści, jestem jedną nogą zakorzeniona w racjonalizmie, drugą w mistycyzmie. Mistyk by na to powiedział, że wobec tego każda z moich nóg tkwi głęboko w racjonalizmie. Staram się te nogi stopniowo uwalniać. Z jakim sukcesem przyjdzie mi ocenić w odpowiednim czasie. W czasie, w którym żadne oceny nie będą miały już najmniejszego znaczenia. Schemat, schemat. Czytacie to i co? I schemat. Oo znalazła się mistyczka. Tak, ta sama, która jeszcze jakiś czas temu, podobne rzeczy wygadywała o Dawkins'ie (nie ale równie dobrze mogłabym:)? Jednak, jeśli chociaż jeden (jedna) z Was, sięgnie po cokolwiek podpisanego Eric Emmanuel Schmitt, będę pewna, że warto było ciut zboczyć z głównego nurtu tego bloga.

Zaczęłam o Ericu. Na gwiazdkę dostałam powieść "Kobieta w lustrze". Długo się nią zabierałam. Lecz, z kolei,  bardzo szybko zaczęłam być bardzo wdzięczna owemu Mikołajowi. Wszystko, co Eric Emmanuel Schmitt napisał (i z czym było mi dane przez ten krótki okres się zapoznać), jest tak głębokie, że w trakcie lektury pojawia się strach, który walczy z pragnieniem, by w jego przesłania jednak uwierzyć. Jednocześnie tak mądre, że niejeden filozof, by zwątpił w swoje odwieczne dogmaty. Wszystko, co stworzył (jak sam mówi - urodził) jest dla mnie potężną inspiracją. Budzi świadomość, która ukryta głęboko pod panowaniem umysłu, nieśmiało domaga się pokarmu. Przy całym moim ironicznym stosunku do Coehlo, który swojego czasu "porywał zbłąkane dusze", mogę śmiało powiedzieć, że przy całej mądrości i dojrzałości jaką prezentuje Eric Emmanuel Schmitt, ma także rzadką umiejętność, że porywa dusze. Zadaje pytania. Oraz, co go odróżnia od wyżej wymienionego - tylko podejmuje próby odpowiedzi. Zdecydowanie nie przyznaje sobie monopolu na prawdę. Jak sam twierdził, uważał, że byłoby poważną nieuczciwością wobec czytelnika, gdyby próbował go przekonać do swoich prawd. Tak, Eric Emmanuel Schmitt jest osobą o głębokim szacunku dla swojego czytelnika, dla człowieka oraz dla każdego dzieła boskiego.

niedziela, 18 stycznia 2015

Proszę

Tak, nowy rok już w pełni. Już zdążyliśmy zapomnieć o niektórych noworocznych postanowieniach. Dla mnie początek każdego roku wiąże się niezmiennie z początkiem proszenia Was o pomoc. Tak, znowu będę jęczeć i prosić o 1% podatku;) Jeśli masz kogoś, komu w ten sposób pomagasz, to możesz sobie śmiało oszczędzić czytania dalszej części tej notki.

W tym roku, pierwszy raz będę zbierać fundusze z 1% na konto nowej fundacji - Dobro Powraca. U nich, w przeciwieństwie do PTSR mam pewność, że całość kwoty, którą otrzymam wpłynie na moje subkonto, z pominięciem opłat manipulacyjnych. O mechanizmie subkonta już pisałam. Ale przypomnę, żebyście sobie nie myśleli, że "eee tam, po co mam ją wpisywać, pójdzie i przebaluje zamiast się leczyć". Otóż procedura zakupu leku z funduszy zgromadzonych na subkoncie wygląda tak:
1. zamawiam lek w aptece
2. apteka zamawia go w hurtowni
3. apteka (bądź ja) wysyła fakturę proforma na adres Fundacji
4. Fundacja robi przelew na konto apteki
5. mogę odebrać lekarstwo
Identycznie wygląda procedura zakupu np sprzętu do rehabilitacji, bądź innych rzeczy na zakup których zezwala Fundacja.

W obecnym roku kalendarzowym jestem w programie medycznym, z ramach którego główny najdroższy lek jest refundowany. Dlaczego więc proszę Was o 1% podatku? Otóż program zakończy się w przyszłym roku w lutym. I wtedy miesięczny koszt lekarstwa (Gilenya) które będę musiała kupować, wyniesie ponad 8 tys. zł. Także moja gorąca prośba - proszę Cię, pomóż mi. Przelej 1% podatku. Obiecuję go nie zmarnować. Obiecuję żyć dobrze, cenić zdrowie, które mam dzięki Tobie. Wychowywać moje Skarby - Jacka (3,5 roku i Asię 2,5 roku) na dobrych ludzi. Tak właśnie, dzięki mojej energii i zdrowiu będę w stanie samodzielnie je wychować. Obiecuję Ci, że będę dziękować za każdy dzień. Obiecuję nie poddać się chorobie. Jeśli zdecydujesz się mi pomóc, przelewając na moje subkonto swój 1% podatku, będę Ci tak dużo zawdzięczać, nie masz pojęcia. Co prawa wpływy na moje subkonto są anonimowe, więc nie podziękuję Ci osobiście. Ale będę o Tobie pamiętać. Pomodlę się. Docenię całą sobą. Bo dar, który dzięki tobie otrzymam będzie bezcenny. Jeśli masz córeczkę znajomej która także zbiera na leczenie, nie wahaj się, dzieciaki są najważniejsze, nie proszę Cię żebyś podejmował (-ła) decyzję. Tu decyzji nie ma. Lecz jeśli nie ma takiej osoby, która bardziej potrzebuje pomocy - proszę, wpisz moje dane do swojego PIT-a:

KRS: 0000338878

Cel szczegółowy: Agata Długokęcka


Z góry dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna. Moje całe życie i moje piękne plany na wszystko - bez Was by tego nie było. Jakbyście mieli pytania, odnośnie procedur w Fundacji, czy czegokolwiek innego - piszcie: sm.resist@gmail.com

PS. Jeśli ktoś może i chciałby zachęcić znajomych do pomocy, zapraszam do mnie, ulotki czekają :)


środa, 7 stycznia 2015

Dobre nowego początki

Cześć kochani,
Wiecie, że dopiero minął pierwszy tydzień nowego roku? A już się tyle zdążyło wydarzyć. W Nowy Rok, moje dzieci były gospodarzami noworocznego obiadu. Nakrywały stół, przynosiły potrawy, nalewały napoje i chodziły dumne jak pawie. W poniedziałek byliśmy w Gdyni w dziecięcej sali zabaw. Sala (nie pamiętam nazwy) jak nigdy. W środku wielki dmuchany zamek, a  labirynty ścieżek takie że musiałam pomagać Jackowi dotrzeć do niektórych zjeżdżalni i wcale nie było mi łatwo. Na dmuchanym zamku oczywiście nie zdołałam zrobić ani jednego dobrego zdjęcia (chociaż zrobiłam 20), bo ruszało się to to z szaleństwem w oczach i krzykiem na ustach odbijając się od ścian w tempie, które było ponad możliwości mojego aparatu. Ich pierwszy dmuchany zamek. Radość dzika. Było mnóstwo dzieciaków, ale Asia z Jackiem cały czas biegali tylko ze swoim Piotrusiem, synkiem cioci Marty. A jaki numer nam zrobiła Asia! Były urodzinki jakiejś dziewczynki w sali obok. Słodycze, tort, śpiewanie i malowanie buziek itp. Na malowanie buziek wcisnęli się oboje. Ale nagle Asia zniknęła. W labiryntach nie ma, na zjeżdżalniach nie ma, nawet w jej ulubionych piłeczkach Asi ani śladu. Już chciałam biec i pytać, aż Marta zajrzała do salki urodzinowej obok, gdzie Asia siedziała z urodzinowymi gośćmi, zaśmiewała się i wciskała w siebie wszystkie smakołyki, jakie wpadły w jej małe rączki. Uff. Taką mam przebojową córeczkę! A wychodząc płakała, że chce zabrać kawałek tortu do domu...









czwartek, 1 stycznia 2015

Noworocznie

Witam Was w Nowym Roku! Mam nadzieję i tego Wam z serca życzę - że przyniesie Wam on mnóstwo sukcesów, radości i dumy. Sama stojąc u progu nowego, jestem pełna nadziei. Czuję, że będzie to dla nas dobry rok. Dzieci coraz starsze, coraz więcej możliwości się przed nami otwiera. Coraz głębiej i bardziej świadomie doświadczają świata, który z wielką pasją im pokazuję. A ja się staję coraz spokojniejsza, nie martwię się już tak swoim zdrowiem i biorę z wdzięcznością wszystko, co los przynosi. Także mamy z dzieciakami dobrą bazę, na dobry rok 2015. Co dokładnie przyniesie? Któż to wie. Ale ile będzie z tego radości? To już, w co głęboko wierzę, zależy od nas samych.

A wczoraj moje skarby były na swoim pierwszym balu sylwestrowym! Skromna dokumentacja pozostała i prezentuję fragment. Dla Asiuni brawa za walkę z nieśmiałością, jestem strasznie dumna!











sobota, 27 grudnia 2014

A po Świętach

Największe szczęście na świecie – patrzeć na radość swoich dzieci. Nic większego chyba zwyczajnie na świecie nie istnieje. W minione (już…) Święta mieliśmy cały przekrój (tych dobrych) dziecięcych emocji – od zaciekawienia, o co w tym wszystkim chodzi, czemu są jakieś nowe zasady (tradycje), przez radosne i jakże niecierpliwe oczekiwanie na świętego Mikołaja, wstyd i dumę z siebie przy śpiewaniu kolęd dla gości, po czystą, szczerą i wdzięczną radość podczas odpakowywania prezentów i zabawy. Kocham te dzieci, że ach…

PS.  Moje osobiste Święta były wyjątkowo postne, bo kilka dnia przez wigilią żołądek się zbuntował od nadmiaru leków. Powiedział dość - i weź tu z takim rozmawiaj. Także zamiast wigilijnych przysmaków i świątecznego bigosu, były średnio radosne mdłości i zwijanie się w kłębek. Mam nadzieję, że sytuacja szybko wróci do normy, i zacznę się normalnie odżywiać, bo ci co mnie znają wiedzą, że ja to za bardzo nie mam z czego chudnąć... ;)

wtorek, 23 grudnia 2014

Od serca

Moi mili,
Na te Święta, które już prawie, prawie przyszły, życzę Wam z całego serca, aby był to czas obfitujący w chwile, które chcielibyście zatrzymać. Zrobić mentalne zdjęcie i wrzucić do przegródki z najlepiej strzeżonymi wspomnieniami. Żeby był to czas, kiedy miłość i pokój tak Was dotkną, że po prawdziwy aparat nie sięgniecie, żeby nie stracić tej chwili. Życzę Wam też, żeby te Święta były prawdziwie uroczyste, głębszego spojrzenia na tradycję. Żebyście łamiąc się opłatkiem, wkładając sianko pod obrus, szykując 12 potraw itd, zatrzymali się na chwilę i pomyśleli, o co w tym wszystkim chodzi. Co my właściwie świętujemy. Wesołych Świąt kochani!
Agata z Jackiem i Asią


piątek, 12 grudnia 2014

Ała małe i duże

Byłam z Asiunią na wizycie kontrolnej i okazało się, że Małe zdrowe. A, bo Wam nie mówiłam. Asia miała pękniętą błonę bębenkową. Ale się wtedy najadłam strachu. Chwała Bogu, błona zrośnięta, uszko nie boli i słuch wrócił do normy. Podobno była nadzwyczaj spokojna, jak na taki uraz. Żadnych gorączek, jęczenia, trzymania się za ucho. Tylko sygnalizowała (i to wcale nie nadmiernie), że boli. Taką mam dzielną córeczkę. Jacek z kolei, jak się nawet leciutko uderzy w coś, to już go trzeba żałować, litować się i najlepiej od razu "zaradzić" poprzez jakąś magiczną maść. Oj lubi maści mój synek. A wszelkiej maści lekarstwa wprost uwielbia. Cóż, jak się od małego berbecia obserwuje mamę, która jest zmuszona codziennie przeróżne lekarstwa brać, no to taki jest efekt. Ale przy najmniej, jak choruje, to nie mam tego kłopotu, co większość rodziców: "Wyyypij syropek, prooszę, za mamusi zdrówko, pyszny syropek, magiczna tabletka...", "Dobry synek, przepięknie wziąłeś lekarstwo!". A na jego "chcę jeszcze", cóż, reagować nie reaguję, z lekarstwami nie ma żartów.

niedziela, 7 grudnia 2014

Ilu nas w ciszy

I co się okazało? Moje dzieci są dużo grzeczniejsze niż myślałam.
Mikołaj o nich pamiętał, a nawet przeróżni Mikołaje. Trwoga Jacka pod
tytułem "nie chcę rózgi, ja nie chcę rózgi!" okazała się nadmierna.
Chociaż jeszcze tak do końca nie wiadomo, zobaczymy co Mikołaj zdecyduje
przed wigilią ;)

A jak Wam mija grudzień, kochani? Już pewnie
wyrośliście trochę za bardzo, żeby świętować 6-tego grudnia, co? Ale mam
nadzieję, że przedświąteczne przygotowania i towarzysząca im atmosfera
Wam wynagradzają brak dziecięcych radości. Od serca polecam: