piątek, 29 kwietnia 2016

Living my karma

Znowu tu jestem. W miejscu, gdzie czuję, że już nie chcę tutaj nic, że już mi wystarczy. Ale tym razem to ostatni raz.

Nie buntuję się. Widzę większy obrazek. Ale choćbym go sobie powiesiła na ścianie, nie poczuję się lepiej. Mogę sobie go nawet powiesić między przysadką mózgową, a czubkiem głowy i DALEJ nie czuję się lepiej. Niezależnie, jak się czuję, TAK, zrobię, co mam zrobić. Przejdę przez to, choć tak bardzo nie chcę. Choć tak bardzo chcę do domu (och, biedna ja). Zrobię, co obiecałam. For the highest good of all life everywhere. Dotrzymam słowa. Dam radę, bo to wszystko jest tymczasowe i wiem, że w końcu się skończy. I nawet nie muszę robić procesu dezintergacja --> integracja na wyższym poziomie (no to już było!). Dam radę i tak. 

Ale tym razem… teraz... Teraz, już nie oczekuję nic. Nie spodziewam się niczego i na nic nie mam nadziei. Będę karna, będę dobra, będę słuchać (O tak, ja słucham. Słucham cały czas. I nawet jestem słyszana. I rozumiana. I kochana.), będę podążać. Zmienię, co mam zmienić w sobie, zmienię, co mam zmienić w świecie. Co-creation. Zrobię, co trzeba. Ale nie zaufam. I nie mam tu na myśli zaufania komuś. To łatwe. Mam na myśli zaufanie typu „wow, to się dzieje naprawdę!”. Już nie zaufam. Już sobie na to nie pozwolę. Już nie uwierzę, że coś może być tu dla mnie. Jeśli jest coś dla mnie, to dlatego, że tego wymaga świat, tego wymaga bycie mną. A nie dla mnie-dla mnie. Po prostu świat musi to dostać poprzez mnie. (Co za desperacja, „o nie, jaka ja jestem biedna tutaj”. Tą część obrazka też widzę. Super, widzę sporo, widzę wieeele potencjalnych wniosków.)

Cały ten kosmiczny żart. Który już mnie zupełnie nie bawi. Zagubieni w hologramie. Chociaż, czekaj, powiem coś zabawnego. Może…. MOŻE to jest moja lekcja… żebym lepiej rozumiała… te wszystkie osoby… które są takie zgorzkniałe, aż po sam rdzeń, mają wszystkiego dość… i chcą już out? (Których nie rozumiałam nigdy…) Żebym nareszcie zrozumiała, co czują? Zamiast im wciskać, że przecież są kochane, ważne, że po prostu zapomniały? I co, było zabawne? No wiem, słabo, nawet zakładając perwersję mojego poczucia humoru. 

Ale, kochani moi, wiadomość nie może być negatywna. Jest różnica między milczącym zrozumieniem, a dzieleniem się rzeczami. I zatruwaniem reszty świata. Chociaż CI niewinni i tak się nie dadzą zatruć, wiem (w końcu czemu mieliby, skoro mogą zrobić to sobie sami, w jakiś ekstra kreatywny sposób. Dokładnie TO mam na myśli, mówiąc „negatywna wiadomość”. To teraz czuję). A nie jestem po to, żeby…. Wam… negatywną wiadomość… do głowy. Albo wzmacniać negatywne rzeczy, które już w głowach siedzą. Także idę sobie. Idę w siebie. Nie dlatego, że szukam czegoś, czy chcę rozwijać, czy odkrywać cokolwiek. O nie, dziękuję, już mi starczy. Już się naodkrywałam. Dlatego, że nie mam dokąd iść. A uciec mi nie wolno. Z resztą, po co? Żeby znowu tu wrócić? 

Epi-logiczne. Większy obrazek wisi sobie. Im więcej obrazka widzisz, tym więcej od siebie wymagasz. Tak, to wszystko prawda. Tak naprawdę, ja widzę. Widzę lekcję, widzę, czego ode mnie chcą. Czego ja, tam gdzieś, tam-tu, od siebie chcę. Zrobię to pewnie. Zrobię wszystko. Wybaczę sobie, pójdę dalej. Szczerze, beztrosko zamknę martyr-trip, zanim go tak naprawdę zacznę. Zamknę nawet (self)-blame game. Podziękuję ładnie. Docenię. Siebie, mój team. Przejdę nowe poziomy. Promieniując miłością. Promieniując wszystkim, czego ktoś akurat będzie potrzebował. Och, nie mogę się doczekać. Ekstra hologram. To właśnie sobie stworzyłam.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Czwartek dopiero

Wczoraj miałam siedzieć na tyłku, odpoczywać, ogarniać dom i ćwiczyć angielski na skypie. A co wyszło? Najpierw jeżdżenie z Anką i Michasiem za prezentem dla Jacka. Potem Alfa, lody, zakupy. W domu budowanie rzeczy marki lego (zupełnie jak nie lego, „bionicle” coś tam), które najchętniej bym rozwaliła o ścianę. Potem zakupy jedzeniowe. A na koniec, zamiast się zająć super ciekawymi rzeczami z astro-fizyki, którymi chciałam się zająć, byłam zmuszona walczyć z moim technologicznym analfabetyzmem i studiować instrukcję obsługi jednego sprzętu, ech…  No i tyle było z tego dnia. A dziś? Dziś, wobec tego, muszę wszystko co dziś, wszystko, co wczoraj i wszystko, co niby miałam już we wtorek. Czyli nie pojadę sobie na basen, no nie ma szans. Na gapienie się w niebo pod moim oknem w dachu i szukanie bezcennej space behind the words raczej też… Ale już zaraz weekend. Już prawie. Dzieci do taty. A ja zwolnię moją time-wave. I odetchnę se w końcu…

Muszę się trochę wyciszyć, żeby podjąć dobrą decyzję. Taką liniującą mnie z moim wyższym celem.

Najłatwiej jest kochać siebie, jak się jest idealnym, wiadomo. A jest jedna zupełnie-nie-idealna rzecz, może mi pomóc w dłuższej perspektywie nie wypaść z toru. I w perspektywie bieżącej też. Ale to by był dla mnie mega krok do tyłu, bo nie specjalnie fajnie by mi się patrzyło w lustro, jakbym to zrobiła. Czy opóźnić mój proces nieco (chociaż kto wie, może tym razem wybaczę sobie tak łatwo, jak to zwykle wybaczam innym), czy zaryzykować, że wcale nie muszę tego robić... Och, dylematy :) Wiem, co zrobię i tak, ale piszę sobie tutaj, żeby spojrzeć oczami innych na siebie, tak szerzej. I żeby się trochę przed sobą wytłumaczyć. No nie mogę powiedzieć wprost, bo, jak część z Was wie, jest tu ktoś, kto mi źle życzy (bless you). I fragment z tego bloga (że yyy oko mnie boli!) już był przedstawiony w sądzie jako dowód, że „niepełnosprawna” nie może samodzielnie zajmować się dziećmi. Więc nie powiem co. I nawet mimo, że nie zawsze mówię co, wiem, że jesteście ze mną. Dziękuję. Dobrze, że jesteście. 


Michaś właśnie zajada pierwszego flipsa w życiu

PS. 5 lat temu pod narkozą. Ciekawe gdzie byłam. Co robiłam. Jak rodzono moje dziecko…

środa, 27 kwietnia 2016

Nieprzeciętne zbiegowisko na śródmiejskim rynku

Oddam mojego Brueghel’a. Wojna postu z karnawałem. Foto-obraz 140x100 na drewnianej ramie. Nie bić się proszę :) Wygląda tak:


Haha, ja wiem :) W sumie zszedł ze ściany już jakiś czas temu, ale leży i się kurzy, więc może komuś…Jak coś, maila, pliz. sm.resist@gmail.com

Dziś tyle. Bo ciężko mi się… myśli.

A Wam na dziś… lekkości! :)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Niech żyje.

“When you’re trying to motivate yourself, appreciate the fact that you’re even thinking about making a change”. Alice Domar

Jakie mądre, prawda? :)

Dziś będzie ciekawy dzień. Pierwsze urodziny mojego syna w gronie rówieśników. Chciałabym wyjść z tego żywa i może nawet przytomna (nie ma to jak wygórowane wymagania;) Chciałabym też to uwiecznić. Jeszcze bym chciała, żeby wszyscy byli zadowoleni. I żeby Asia nie była zazdrosna (już rano pytała „a moje urodziny?”)
A z czego się cieszę? Że dzieciątko się cieszy. Że przyjedzie tort. I dziadek. Że nasze jagódki pierwszy raz zakwitły. Że coraz bardziej czuję, że tak naprawdę nie muszę się nigdzie spieszyć. Z tego cieszę się najbardziej. Oddycham.
Siedzę sobie w szlafroku, moich okularach. Piję czarną herbatę, co ładnie pachnie. Jagodami i wanilią.  Ktoś za oknem pięknie śpiewa. Niebo bezchmurne uśmiecha się do mnie. Budzik zadzwoni dopiero za jakąś godzinę (Asia wychodząc z domu kazała „odpoczywać”), ale jakoś mi tu nie brakuje mojej poduszki. Zaczynam sobie dzień… powoli… delikatnie… ładny ten dzień. Tyle mam niby rzeczy do zrobienia. Wszystko to jutro. Dziś dzieci. Na moje 100%.  A że dzieci dopiero potem… :)
Całuję Was kochani!

PS. Asia w aucie: „Mama patrz! Białe tulipany! Tam! Po środku szyby!” Moje szczęście.


Jacek na urodziny by bardzo chciał TO KRZESŁO (mamo:)

Przygotowania w niedzielę. Przed chrztem kuzynki. Kuzynki Faustynki.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Nowe szlaki neuronalnych połączeń

Zrobiłam wczoraj coś głupiego. Nawet nie wiedziałam, co zrobiłam, a czułam się tak podle. Jak daleko w tym absurdzie muszę się jeszcze posunąć, żeby w końcu zobaczyć absurd? Skoro nie widzę, to skąd wiem, że absurd?

Powiedzmy, najgorsza możliwość. Tak, zrobiłam coś głupiego. Dobra. I co teraz? Teraz przypominam sobie, że osobą, która mnie najsurowiej ocenia, jestem ja sama. Taak, co dalej? Dalej patrzę, czy to ma sens, czy prowadzi mnie do czegoś dobrego… Czy czuję się lepiej, działam skuteczniej, uczę się czegoś? Dobra, ale każde pytanie jest mocno retoryczne, bo WIDZĘ.

Może widzę i nic mi z tego? Puściłam ironię, już się nawet z siebie nie śmieję. Ciężko jest się nie śmiać, skoro KAŻDEMU daję „benefit of a doubt”, a samej sobie nie potrafię. Chwila bezbronności, garda ironii w dół. I nie wiem. Po prostu. Albo gorzej. Wiem, ale nie potrafię. Widzę absurd. Ok, co bym powiedziała komuś… Cokolwiek bym nie powiedziała, nie pomogłabym nic. Bo nie możesz komuś dać, czego sam nie masz. Co bym powiedziała jakbym miała? „Musisz sam”? „Tak naprawdę już wiesz, już to w sobie masz, musisz tylko znaleźć”? A co, jeśli już wiem, że wiem… Że nawet TEGO nie muszę sobie mówić. Co wtedy? Co mogę z tą wiedzą zrobić?

„Engage-Entrain-Embody”. Ok, powiedzmy, że zaczęłam. Przecież pytam. Teraz… jakie szlaki neurologiczne stworzyć i JAK? Bo dezaktywacja istniejących szlaków, odpowiedzią (podobno) nie jest żadną. Podobno nie chodzi o to, żeby zniszczyć samo zaburzenie, tylko dostarczyć do mózgu nową, dobrą wiadomość. Jaka jest wiadomość? Że to, co czuję, jest bez sensu, bo jestem piękna, fajna, dobra. Że wszystkie rzeczy, które się przyczyniły faktu, że nie czuję się dobrze ze sobą, JUŻ NIE ISTNIEJĄ . Zarówno wszystkie zranienia, jak i wszystkie błędy, które popełniłam i za nic nie mogę sobie wybaczyć (nawet jak części nie pamiętam). Już nie istnieją. Dobra, mój umysł to wie. Jak to przekazać reszcie mojej świadomości?

Najlepiej taaak, żeby prowadziła mnie motywacja „sobie” a nie „światu”. Wiadomo, że światu, ale motywacja „chcę”, a nie „jest to ode mnie wymagane”, jest (jakby) cenniejszą motywacją. Czy chcę? Chcę. Ale jak tylko zapytam „Jak?” odpowiadam sobie naturalnie „A co jest ode mnie wymagane? Pokaż, zrobię co trzeba”. I gdzie ja w ten sposób mogę dojść?

Dobra, powiedzmy, że moim sukcesem dziś będzie, że wcale się z tego nie śmieję. (Czyli mam dostęp, nie zablokowałam go, nie boję się AŻ TAK.)

Kocham moją podróż!! (Tu też nie ma ironii.) Siebie też, tak naprawdę, kocham. Tylko zapomniałam. Zapomniałam kim jestem. I jednocześnie nie zapomniałam, co mogę, co powinnam. A nie mogę wszystkiego, co mogę, nie pamiętając, kim jestem. Nie sposób tak spełnić własnych oczekiwań. O, moja dobra wiadomość, cześć :) Dobrze że jesteś. Zaczęłam właśnie synchronizować moje fale mózgowe do oczekiwanej częstotliwości, prawda? Psycholog behawioralny by to nazwał „entrainment”.  

40 symfonia mozarta i jadę zaczynać dzień, tydzień. To będzie dobry tydzień :)

niedziela, 24 kwietnia 2016

Niedziela... ciekawe słowo...

Chciałam wczoraj coś zrobić. Coś headfirst fearless (tak, JA:). A kosmos na to: haha. Ale – dobry początek. Przynajmniej już widzę, co zrobić warto (dobra, widziałam już wcześniej, ale zostało mi to przypomniane na zasadzie „patrz tu!”). I nawet, jeśli teraz moje „jak”, było zupełnie nietrafione… Będzie czas, to znajdę odpowiednie „jak” (Na przykład… mimochodem… i nikt nic nie zauważy... jak mi dusza drży...)

Wraz z postępem ewolucji, wraz z rozwojem, nieuchronnie postępuje też poziom odpowiedzialności. Więc, zamiast płakać, mogę powiedzieć „dziękuję, Wszechświecie kochany, że dostałam jeszcze trochę wolnego” :) Zanim się zacznie, tak na serio. Dobrze, że nie jestem sama. I ktoś TAM jeszcze za mnie pamięta. Doceniam. Nawet, jak czasem przeklinam kosmiczną ironię. Wiem, że to z miłości. Wiem. I mimo tej całej amnezji i pogubienia mogę się czuć bezpiecznie. Bo… wiesz, że ktoś nam nami czuwa… Wiesz, prawda? Nawet, jak nie wiesz, nawet jak zaprzeczasz/nie wierzysz… To i tak nie zmienia faktu. Nieważne co zrobisz, pomyślisz. Nieważne w co wierzysz. Jest dobrze. Jesteśmy kochani.

Już w czwartek minie 5 lat odkąd urodził się Pierworodny. We wtorek „impreza”. Goście, prezenty, szaleństwa. Rodzice gości też ;) 5 lat. W tym wieku, urodziny są tak rzadko... Tak wolno płynie czas… Nic dziwnego, że Jacek tak się cieszy, tak czeka. I że tak trudno mu to przychodzi. Że ściąga kalendarz ze ściany, liczy. I pyta, cały czas pyta. Postaram się, żeby miał jak najlepsze wspomnienia. Postaram się, Aniołku. Teraz jestem bardziej niż 5 lat temu.

Parę wspomnień:

Pierwszy tydzień

Drugi tydzień

W naszym lesie. Tą ścieżką pod mostem jeżdżą teraz super-pociągi...


sobota, 23 kwietnia 2016

Jacek Kaczmarski - Autoportret z psem




Przyszła mi do głowy ta piosenka dziś. Bo... moje dzieci raczej
unikają innych dzieci. A ja? Ja raczej unikam innych dorosłych.

Ktoś mnie próbuje do czegoś zmusić. Nie lubię, jak się mnie
do czegoś zmusza. Michał chce mnie zmusić, żebym zaczęła coś robić. W sensie,
ćwiczenia czegoś. A ja dalej swoje, że rehabilitacja jest mocno
przereklamowana. I że tak naprawdę najlepiej się czuję, jak nie robię zupełnie
nic. Zwykle ludzie nie mają pojęcia o zarządzaniu energią. Czego wymaga. Jeśli
jest wymagane. Powiedziałam, że w takim razie może mnie nauczyć stać na głowie
:) Co z moim błędnikiem jest raczej mało prawdopodobne, żeby to delikatnie
ująć. A może? Może czas zacząć pracować nad sobą też na poziomie CIAŁA? Coś
więcej niż moja „self-guided yoga”, moje srt, moje medytacje (note to self: ha,
robię coś!) ? Haha, to będzie mocno zabawne, jak się zdecyduję ;) A kto wie, może
się zdecyduję, w końcu PO COŚ Michał się w tym moim „hologramie” pojawił… 

Całuję Was kochani! Dobrego weekendu.


Piniaty do nas przywędrowały... A tak miały daleko.





piątek, 22 kwietnia 2016

Dzień Ziemi

Znalazłam Piosenkę wczoraj. Czasem tak mam, czasem znajduję Piosenkę. Pokazałabym Wam, bo jest... ale przecież, nie wiecie, na jaką inną Piosenkę TA jest odpowiedzią... W każdym razie. Cieszę się że pianino zostało :) (tak słoneczko, możesz być "przecież tylko szczera" ile tylko chcesz, haha, kocham)

Dziś Dzień Ziemi. Dziś pamiętam bardziej. Dziś doceniam bardziej. Staram się zawsze. Ale dziś... Dziś specjalne dziękuję dla CIEBIE.

I Piotrusia małego urodziny. Jedziemy do niego popołudniu. Na „placu zabaw” będzie miał, haha. Jacek też. Jacek we wtorek. Już się nie może doczekać. Niech żyją Place Zabaw. Nie przygotuję zupełnie nic I nie umyję ani jednego talerza :) Ale będzie potem… w maju… wersja nr 2 urodzin Jacka, czyli „grill dla rodziny”. No wiem… ale… czego się nie robi :)

I urodziny Kanta :) Dziś.


okularki pinhole, ciekawa rzecz

Podobno kradzione...





czwartek, 21 kwietnia 2016

O lustrach

Kocham lustra. I wyobraźcie sobie, nie jestem przy tym aż tak próżną osobą, jakby ktoś mógł pomyśleć. Co robi lustro? Lustro odbija, co widzi. Lustro nie ocenia. Nie ma uprzedzeń. Nie ma nawet preferencji. Każdy widzi w nim coś innego. Każdy widzi w nim siebie. A to przecież to samo lustro. Jestem lustrem. Ty też. Może… warto byłoby… starać się chociaż… żeby być takim… lustrem z przymierzalni. Co to jest wrażliwe na ludzkie kompleksy. Wyrozumiałe. Które oświetleniem… I trochę też fizyką… Sprawia że czujemy się piękni. (W końcu chcą nam sprzedać tą sukienkę. Chcą bardzo.) Świat byłby lepszy, jakbyśmy wszyscy nauczyli się podstaw delikatności.

Czereśnia zaczęła kwitnąć, hihi. Pszczoły do nas wrócą. Dzieci się ucieszą ;) I jabłonka się powoli budzi. Nie tylko ona. Asia dostrzeże każdą nową stokrotkę, każdego mlecza. Czeka na dmuchawce. Wczoraj z jednej strony domu naprawiali domofon… Z drugiej wozili cement… I ten niekończący się remont ulicy… Ledwo słyszałam własne myśli. Cały czas ktoś coś chciał… Ale dziś jest spokój. Względny :) A nawet jak ktoś coś będzie chciał… Jadę stąd i tak :]

Dobrego dnia kochani!



środa, 20 kwietnia 2016

O lekarstwach innym razem

To nie jest notka, tak dokładnie, o tym, co mi pomaga (Wiem, powiedziałam, że napiszę i napiszę. Niedługo. Póki co mam takie mdłości od antybiotyku, że o chemii nie chcę nawet myśleć.) Ale prawie. To jest notka o jednej z rzeczy, która mi pomaga. I piszę o tym, nie dlatego, że lubię reklamować rzeczy. Bo nie chodzi ani o rzecz, ani reklamę. Piszę dlatego, że może pomoże komuś z Was (wieeem, że Gdańsk jest mi najbardziej wierny, pozdrawiam!). Jest Osoba. Ma na imię Michał. Jest masażystą i rehabilitantem. Zacznę po swojemu, czyli od tego, co jest najważniejsze dla mnie. Jest dobry. Skromny. Jest też całkiem utalentowany. Wrażliwy. Dotrze do tego, czego potrzebujesz, zanim sam będziesz o tym wiedział. Rozumie ciało. Jak działa. Ma otwartą głowę, czerpie z różnych miejsc. I ma swoje własne wnioski. Zadaje pytania o wpływ mięśniowo-powięziowej równowagi na mózg, na SM. Dlaczego? Dlatego, bo ja jestem i przyszłam do niego. Bo ja mam SM. To właśnie nazywam byciem dobrą osobą. Dobrą, zaangażowaną osobą. Prowadzi masaż i rehabilitację. Miałam do czynienia z różnymi „Dąbkowymi” rehabilitantami, których, swoją drogą, uwielbiam (Jacek… Ewa… Ania…) Jakbym miała wybierać – wybrałabym Michała. Ze względu na wyczucie, mądrość, empatię.

Tu namiar. http://kinesis-gdansk.pl/masaz/ Stronę ma beznadziejną (sorry Michał:) i raczej nie znajdziecie tu nic ciekawego/przydatnego. Nie mniej, jak to mówią, nie oceniaj po okładce.

A u nas mamy dziś mamy prace fundamentalne. Pomyśl… jak rzadko słowo „fundament” jest używane w znaczeniu nie-metaforycznym… Dość rzadko. W każdym razie. Wylewają dziś fundamenty w środku mojego ogrodu. Nawet sąsiad się zgodził. I to nawet bez kłótni. Z małym tylko wspomnieniem mimochodem: „Nie oglądałaś „samych swoich”? No co ty?!”. Nie powiem na razie, co będzie, to sekret :) Coś dla dzieci. I moooże dla mnie, (właśnie Ktoś, Kogo Kocham mi powiedział, że przecież trzeba, haha) Pokaże Wam potem. Za 10 dni ma być, jak fundamenty „wystygną”, czy coś takiego…

Dobrego dnia kochani!