piątek, 10 kwietnia 2015

Trening uważności

Im świadomiej staram się żyć, tym więcej mam spokoju i radości w sercu. To chyba dobrze świadczy o życiu jako takim, czyż nie?

wtorek, 7 kwietnia 2015

Świąteczna pamiątka

Moje zdolności (oraz chęci) fotograficzne nie utrzymują się na zbyt wysokim poziomie, ale podzielę się z Wami, jak wyglądał nasz drugi dzień Świąt u dziadków.


Pokaz umiejętności zdobytych na moim orbitreku

Walka o pistolet na wodę

wygrałem!

Języczek wystawiony (to z zachwytu nad prezentem od zajączka)


Testowanie prezentu

Ojej, i za domkiem były następne prezenty!

Ta mina miała być straszna


Dzień pełen wrażeń...
Mój kochany wstydzioszek

czwartek, 2 kwietnia 2015

Religijne dziecko

Cześć kochani. Dziś się podzielę z Wami moją wczorajszą obserwacją Asieńki. Czuję, że po wczorajszym wydarzeniu, rozumiem ją dużo, dużo lepiej. Otóż Asia ćwiczyła na moim orbitreku (na tyle na ile umie). Nagle przerwała. Trzymając się kierownicy obróciła się w moją stronę i mówi:
"Mamusiu, zobacz jak brzydko wyglądam!".
"Czemu brzydko kochanie?"
"Uderzyłam się w oko. Zobacz jakie brzydkie (pokazuje)".
"Boli skarbie?"
"Tak".
Od razu uświadomiłam sobie, jak wielkie to dziecko ma serce. Bo tylko serce poety może zło i ból nazywać brzydotą. A nie złem, czy bólem. Fakt, duchowo jest mi do niej daleko, bo ja zło widzę jako fałsz, że coś jest nie tak, że uciekliśmy od natury, od prawdy. Uczę się od niej rozumieć język serca. I rozumiem ją coraz lepiej. Czuję, że Asia została mi dana jako córka, nie bez powodu. Daje mi szansę wzrastać. Mam głęboką nadzieję, że jej nie zawiodę.

Złocień przepięknie kwitnie, na drzewach widać pąki. Ziemia po 3 dniach deszczu aż się prosi, żeby coś w niej posadzić. Kupiłam jeżyny i zobaczymy co z tego będzie :) Całuję Was wiosennie!

piątek, 27 marca 2015

Dzieci

Jak ja kocham dzieci. I jakie to jest proste! Kochać dzieci. Ta niewinność. Była wczoraj u nas maleńka Kasia. Z siostrą i z rodzicami. Przyglądałam jej się w głębokim zachwycie. Na każdym kroku radość. A ufność taka, że nawet sobie nie wyobraża stanu braku ufności. Bóg w czystej postaci. Mam nadzieję, że nasz fałszywy i niby-cywilizowany świat jej nigdy nie zepsuje. Dobrze że ma mądrych rodziców, ochronią ją. Przyglądając się Kasi ze smutkiem zaobserwowałam, że moje dzieci już sporą część tej boskiej niewinności utraciły. Już kombinują. Już pojawił się spryt. Owszem, jest to oparte na inteligencji. Jednak nie jest to wykorzystanie inteligencji w służbie uważności - spryt pozostaje sprytem. I smutno mi, że to moja zasługa oraz wszystkich innych, z którymi mają kontakt z Asią i Jackiem. Tak, te dzieci już mają ego. Stopniowo wykluwające się ego, które przysłoni im wszystko, co w życiu najważniejsze. Ego, które będą traktowały jako siebie samych, mimo, że zostało w nich wykształcone przez otoczenie. Żeby nie powiedzieć narzucone. Ze wszystkich sił staram się chronić ich niewinność. Daję im wolność wszędzie, gdzie tylko taka możliwość. Powinnam raczej powiedzieć - nie odbieram im wolności, która jest ich przyrodzonym darem. Staram się nie karać, nie oszukiwać, nie wywierać wpływu, nie narzucać własnych przekonań. Uczyć uważności i wspierać samodzielność. Smutno mi, że nie wszystko wychodzi tak, jakbym chciała. Pozostaje mi tylko odpowiadać na ich potrzeby najlepiej, jak umiem. Tak, jak mi dyktuje serce.

niedziela, 22 marca 2015

U siebie ze sobą

No i kiedy już miałam nadzieję, że w związku z datą 21 marca, koniec narzekania że "ee, przecież jeszcze nie ma wiosny" słyszę: "co to za wiosna, jak za oknem śnieg z deszczem?". Ale śmiało, spójrz przez okno teraz! Za moim, w promieniach południowego słońca, właśnie dwa gołębie bawią się pod starym orzechem w niezagrabionych jeszcze liściach. Niezidentyfikowany przeze mnie ptak schował się w koronie drzewa i pięknie śpiewa. W ogrodzie przyroda budzi się do życia. Nawet stonogi wyłażą spod swoich kamieni.

Początek wiosny wiąże się z kilkoma rocznicami ważnych dla mnie osób. Urodziny mojej drogiej siostry (21 marca 1987). Urodziny Jacka Kaczmarskiego "zrodzony ze spazmu pierwszego dnia wiosny" (22 marca 1957). Rocznica oświecenia Osho „tej nocy stałem się pusty i stałem się pełny” (31 marca 1953).

Dzisiaj korzystając z nieobecności dzieci siedzę sobie na poddaszu i słucham, co o tym wszystkim ma do powiedzenia Mozart. Czytam trochę. Trochę medytuję. Tworzę co nie co. W skrócie – zajmuję się samymi ważnymi rzeczami. Rzeczami, które trochę schodzą na plan dalszy, podczas gdy rodzina jest w komplecie.

piątek, 6 marca 2015

Co nowego w naszym świecie

Cześć kochani. Nie zgadniecie co wczoraj robiłam. Przez całe popołudnie grabiłam liście w ogrodzie. To jeszcze nie byłoby takie dziwne, gdybym nie robiła tego z pomocą dzieci, a za pomocą - dziecięcych grabek. No cóż, żaden szanujący się inwalida by nie wyrobił tyle godzin z dorosłymi grabiami na stojąco ;) Sprzątanie ogrodu było pomysłem dzieci i pomysłem doskonałym. Tak im to dobrze zrobiło, że zasnęły bez wieczorynki. A wiecznie chora panienka Asia od razu ma dziś mniejszy katar. Byłam taka dumna, jak Jacek tłumaczył Asi, że lepiej zbierać liście grabkami niż łopatką, pokazywał, pomagał wieźć taczkę... Coraz bliżej mu do ideału starszego brata (co na nasze obecne standardy znaczy nie używanie wobec młodszej siostry przemocy fizycznej ;).

Asia na ogródkowej zjeżdżalni

Asia z Jackiem tropili też przebiśniegi i inne ślady wiosny. A ja cieszyłam się nimi nie mniej niż dzieci.

Przy okazji dzisiejszego zgrywania zdjęć z telefonu pokażę Wam, jak ostatnio byliśmy w Loopie's. Nie wiem, czy już się chwaliłam, najwyżej się powtórzę - Jacek zjeżdżał z największej zjeżdżalni, takiej pod samym sufitem. Była to kręcona rura, która miała 2 poziomy. Na początku nie mógł się tam dostać. Barierę stanowiła lina z supełkami, po których trzeba się było wdrapać. Ale, jako, że Jacuś nie urodził się wczoraj (ani nie jutro, więc nie siedzi w pudełku schematów) wdrapał się po siatce obok i już mi machał ze szczytu! Jako, że przebywałam "w parterze" z Asiunią (która uwielbia trampoliny), nie biegałam go fotografować tak wysoko. Cóż, musicie mi uwierzyć na słowo.







wtorek, 17 lutego 2015

Bezcenne

Jak Wam mija przedwiośnie? O, ośmieliłam się już użyć tego słowa :) No co, słonko pięknie świeci, dni coraz dłuższe, wsadziłam z dziećmi pierwiosnki z domu do ziemi w ogrodzie... Przedwiośnie pełną gębą.

Byłam z dziećmi na Pingwinach z Madagaskaru. Bajka jak bajka, głupia - niegłupia, nie mnie to oceniać. Bardziej niż na ekranie skupiałam się na Jacku i Asi. Te dzieci śmiały się całym sobą. Od koniuszków palców u stóp po sam czubek głowy. Cała istota Jacka i cała istota Asi się śmiały. Były śmiechem. Wtedy właśnie przejrzałam na oczy i dostrzegłam. Bardziej niż one ode mnie, ja się uczę od nich. Czystych emocji przeżywanych całym sobą i tylko przez chwilę. Wybaczania, po pięciu minutach. Świeżego spojrzenia na rzeczywistość, nieprzyćmionego jeszcze wiedzą. Ufności, że wszystko jest właśnie tak, ja ma być. A nade wszystko spontaniczności. Czyli po prostu bycia sobą, bez, nawet cienia myśli, że coś w nich samych (bądź też w ich zachowaniu) może być nie tak. Za to wszystko jestem moim dzieciom wdzięczna. I mam wielką nadzieję, że wraz z dorastaniem stracą z tych swoich przyrodzonych skarbów jak najmniej.

wtorek, 3 lutego 2015

Z pyska uśmiechniętego

Jejku to już luty! Już kawał roku 2015 za nami, a ja nawet nie miałam okazji za dużo razy napisać "2015". Pewnie jeszcze bym się myliła na korzyść przeszłości ;) Wiecie co, dokładnie tydzień temu miałam strasznie podły nastrój. Myślałam nawet, że mam rzut i że nie ma co czekać, tylko trzeba się meldować w szpitalu. Rzadko mi się zdarza tak upaść psychicznie i poddać się swoim lękom, ale muszę Wam powiedzieć, że wtedy byłam już prawie na dnie. I co? Minął tydzień, wszystkie okoliczności zmieniły się na gorsze, (tak - w rodzinie zaraza, dzieci ledwo zipią, wszystkie pieniądze jakoś się wydały, moje zdrowie też dostało po twarzy..), ale w sercu mi błogo. Lekko na duszy. Już się niczego nie boję. Już wiem, że wszystko się dobrze ułoży. Jak to wytłumaczyć? Pewnie jakoś by się dało. Tylko po co? Och, kochani, całuję Was wszystkich z głębi mojego paradoksu! :*

[edit] PS. Właśnie dzwoniła Marta. Marta mówi, że piszę na tym blogu same bzdury. "I po co to wszystko, ładne dzieci masz, to wrzucaj zdjęcia!". Tylko tak mi szkoda chwil, na robienie tych zdjęć... No zobaczymy, na razie nic nie obiecuję ;)

niedziela, 25 stycznia 2015

Eric Emmanuel Schmitt

Eric Emmanuel Schmitt. Pewnie słyszeliście to nazwisko. Francuski powieściopisarz, dramaturg. Piszę dziś do Was z głębi serca i na świeżo, bo właśnie skończyłam czytać dramat "Intrygantki" i cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem. Eric Emmanuel Schmitt jest pierwszym autorem, którego poznałam odkąd odkryłam dla siebie mistycyzm, który zdaje się ubierać w słowa, to co we mnie głęboko tkwi i do czego, mniej więcej rok temu, zaczęłam się zbliżać, powoli, powoli, zbliżać . Cytując za jedną z jego powieści, jestem jedną nogą zakorzeniona w racjonalizmie, drugą w mistycyzmie. Mistyk by na to powiedział, że wobec tego każda z moich nóg tkwi głęboko w racjonalizmie. Staram się te nogi stopniowo uwalniać. Z jakim sukcesem przyjdzie mi ocenić w odpowiednim czasie. W czasie, w którym żadne oceny nie będą miały już najmniejszego znaczenia. Schemat, schemat. Czytacie to i co? I schemat. Oo znalazła się mistyczka. Tak, ta sama, która jeszcze jakiś czas temu, podobne rzeczy wygadywała o Dawkins'ie (nie ale równie dobrze mogłabym:)? Jednak, jeśli chociaż jeden (jedna) z Was, sięgnie po cokolwiek podpisanego Eric Emmanuel Schmitt, będę pewna, że warto było ciut zboczyć z głównego nurtu tego bloga.

Zaczęłam o Ericu. Na gwiazdkę dostałam powieść "Kobieta w lustrze". Długo się nią zabierałam. Lecz, z kolei,  bardzo szybko zaczęłam być bardzo wdzięczna owemu Mikołajowi. Wszystko, co Eric Emmanuel Schmitt napisał (i z czym było mi dane przez ten krótki okres się zapoznać), jest tak głębokie, że w trakcie lektury pojawia się strach, który walczy z pragnieniem, by w jego przesłania jednak uwierzyć. Jednocześnie tak mądre, że niejeden filozof, by zwątpił w swoje odwieczne dogmaty. Wszystko, co stworzył (jak sam mówi - urodził) jest dla mnie potężną inspiracją. Budzi świadomość, która ukryta głęboko pod panowaniem umysłu, nieśmiało domaga się pokarmu. Przy całym moim ironicznym stosunku do Coehlo, który swojego czasu "porywał zbłąkane dusze", mogę śmiało powiedzieć, że przy całej mądrości i dojrzałości jaką prezentuje Eric Emmanuel Schmitt, ma także rzadką umiejętność, że porywa dusze. Zadaje pytania. Oraz, co go odróżnia od wyżej wymienionego - tylko podejmuje próby odpowiedzi. Zdecydowanie nie przyznaje sobie monopolu na prawdę. Jak sam twierdził, uważał, że byłoby poważną nieuczciwością wobec czytelnika, gdyby próbował go przekonać do swoich prawd. Tak, Eric Emmanuel Schmitt jest osobą o głębokim szacunku dla swojego czytelnika, dla człowieka oraz dla każdego dzieła boskiego.