piątek, 29 kwietnia 2016

Living my karma

Znowu tu jestem. W miejscu, gdzie czuję, że już nie chcę tutaj nic, że już mi wystarczy. Ale tym razem to ostatni raz.

Nie buntuję się. Widzę większy obrazek. Ale choćbym go sobie powiesiła na ścianie, nie poczuję się lepiej. Mogę sobie go nawet powiesić między przysadką mózgową, a czubkiem głowy i DALEJ nie czuję się lepiej. Niezależnie, jak się czuję, TAK, zrobię, co mam zrobić. Przejdę przez to, choć tak bardzo nie chcę. Choć tak bardzo chcę do domu (och, biedna ja). Zrobię, co obiecałam. For the highest good of all life everywhere. Dotrzymam słowa. Dam radę, bo to wszystko jest tymczasowe i wiem, że w końcu się skończy. I nawet nie muszę robić procesu dezintergacja --> integracja na wyższym poziomie (no to już było!). Dam radę i tak. 

Ale tym razem… teraz... Teraz, już nie oczekuję nic. Nie spodziewam się niczego i na nic nie mam nadziei. Będę karna, będę dobra, będę słuchać (O tak, ja słucham. Słucham cały czas. I nawet jestem słyszana. I rozumiana. I kochana.), będę podążać. Zmienię, co mam zmienić w sobie, zmienię, co mam zmienić w świecie. Co-creation. Zrobię, co trzeba. Ale nie zaufam. I nie mam tu na myśli zaufania komuś. To łatwe. Mam na myśli zaufanie typu „wow, to się dzieje naprawdę!”. Już nie zaufam. Już sobie na to nie pozwolę. Już nie uwierzę, że coś może być tu dla mnie. Jeśli jest coś dla mnie, to dlatego, że tego wymaga świat, tego wymaga bycie mną. A nie dla mnie-dla mnie. Po prostu świat musi to dostać poprzez mnie. (Co za desperacja, „o nie, jaka ja jestem biedna tutaj”. Tą część obrazka też widzę. Super, widzę sporo, widzę wieeele potencjalnych wniosków.)

Cały ten kosmiczny żart. Który już mnie zupełnie nie bawi. Zagubieni w hologramie. Chociaż, czekaj, powiem coś zabawnego. Może…. MOŻE to jest moja lekcja… żebym lepiej rozumiała… te wszystkie osoby… które są takie zgorzkniałe, aż po sam rdzeń, mają wszystkiego dość… i chcą już out? (Których nie rozumiałam nigdy…) Żebym nareszcie zrozumiała, co czują? Zamiast im wciskać, że przecież są kochane, ważne, że po prostu zapomniały? I co, było zabawne? No wiem, słabo, nawet zakładając perwersję mojego poczucia humoru. 

Ale, kochani moi, wiadomość nie może być negatywna. Jest różnica między milczącym zrozumieniem, a dzieleniem się rzeczami. I zatruwaniem reszty świata. Chociaż CI niewinni i tak się nie dadzą zatruć, wiem (w końcu czemu mieliby, skoro mogą zrobić to sobie sami, w jakiś ekstra kreatywny sposób. Dokładnie TO mam na myśli, mówiąc „negatywna wiadomość”. To teraz czuję). A nie jestem po to, żeby…. Wam… negatywną wiadomość… do głowy. Albo wzmacniać negatywne rzeczy, które już w głowach siedzą. Także idę sobie. Idę w siebie. Nie dlatego, że szukam czegoś, czy chcę rozwijać, czy odkrywać cokolwiek. O nie, dziękuję, już mi starczy. Już się naodkrywałam. Dlatego, że nie mam dokąd iść. A uciec mi nie wolno. Z resztą, po co? Żeby znowu tu wrócić? 

Epi-logiczne. Większy obrazek wisi sobie. Im więcej obrazka widzisz, tym więcej od siebie wymagasz. Tak, to wszystko prawda. Tak naprawdę, ja widzę. Widzę lekcję, widzę, czego ode mnie chcą. Czego ja, tam gdzieś, tam-tu, od siebie chcę. Zrobię to pewnie. Zrobię wszystko. Wybaczę sobie, pójdę dalej. Szczerze, beztrosko zamknę martyr-trip, zanim go tak naprawdę zacznę. Zamknę nawet (self)-blame game. Podziękuję ładnie. Docenię. Siebie, mój team. Przejdę nowe poziomy. Promieniując miłością. Promieniując wszystkim, czego ktoś akurat będzie potrzebował. Och, nie mogę się doczekać. Ekstra hologram. To właśnie sobie stworzyłam.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Czwartek dopiero

Wczoraj miałam siedzieć na tyłku, odpoczywać, ogarniać dom i ćwiczyć angielski na skypie. A co wyszło? Najpierw jeżdżenie z Anką i Michasiem za prezentem dla Jacka. Potem Alfa, lody, zakupy. W domu budowanie rzeczy marki lego (zupełnie jak nie lego, „bionicle” coś tam), które najchętniej bym rozwaliła o ścianę. Potem zakupy jedzeniowe. A na koniec, zamiast się zająć super ciekawymi rzeczami z astro-fizyki, którymi chciałam się zająć, byłam zmuszona walczyć z moim technologicznym analfabetyzmem i studiować instrukcję obsługi jednego sprzętu, ech…  No i tyle było z tego dnia. A dziś? Dziś, wobec tego, muszę wszystko co dziś, wszystko, co wczoraj i wszystko, co niby miałam już we wtorek. Czyli nie pojadę sobie na basen, no nie ma szans. Na gapienie się w niebo pod moim oknem w dachu i szukanie bezcennej space behind the words raczej też… Ale już zaraz weekend. Już prawie. Dzieci do taty. A ja zwolnię moją time-wave. I odetchnę se w końcu…

Muszę się trochę wyciszyć, żeby podjąć dobrą decyzję. Taką liniującą mnie z moim wyższym celem.

Najłatwiej jest kochać siebie, jak się jest idealnym, wiadomo. A jest jedna zupełnie-nie-idealna rzecz, może mi pomóc w dłuższej perspektywie nie wypaść z toru. I w perspektywie bieżącej też. Ale to by był dla mnie mega krok do tyłu, bo nie specjalnie fajnie by mi się patrzyło w lustro, jakbym to zrobiła. Czy opóźnić mój proces nieco (chociaż kto wie, może tym razem wybaczę sobie tak łatwo, jak to zwykle wybaczam innym), czy zaryzykować, że wcale nie muszę tego robić... Och, dylematy :) Wiem, co zrobię i tak, ale piszę sobie tutaj, żeby spojrzeć oczami innych na siebie, tak szerzej. I żeby się trochę przed sobą wytłumaczyć. No nie mogę powiedzieć wprost, bo, jak część z Was wie, jest tu ktoś, kto mi źle życzy (bless you). I fragment z tego bloga (że yyy oko mnie boli!) już był przedstawiony w sądzie jako dowód, że „niepełnosprawna” nie może samodzielnie zajmować się dziećmi. Więc nie powiem co. I nawet mimo, że nie zawsze mówię co, wiem, że jesteście ze mną. Dziękuję. Dobrze, że jesteście. 


Michaś właśnie zajada pierwszego flipsa w życiu

PS. 5 lat temu pod narkozą. Ciekawe gdzie byłam. Co robiłam. Jak rodzono moje dziecko…

środa, 27 kwietnia 2016

Nieprzeciętne zbiegowisko na śródmiejskim rynku

Oddam mojego Brueghel’a. Wojna postu z karnawałem. Foto-obraz 140x100 na drewnianej ramie. Nie bić się proszę :) Wygląda tak:


Haha, ja wiem :) W sumie zszedł ze ściany już jakiś czas temu, ale leży i się kurzy, więc może komuś…Jak coś, maila, pliz. sm.resist@gmail.com

Dziś tyle. Bo ciężko mi się… myśli.

A Wam na dziś… lekkości! :)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Niech żyje.

“When you’re trying to motivate yourself, appreciate the fact that you’re even thinking about making a change”. Alice Domar

Jakie mądre, prawda? :)

Dziś będzie ciekawy dzień. Pierwsze urodziny mojego syna w gronie rówieśników. Chciałabym wyjść z tego żywa i może nawet przytomna (nie ma to jak wygórowane wymagania;) Chciałabym też to uwiecznić. Jeszcze bym chciała, żeby wszyscy byli zadowoleni. I żeby Asia nie była zazdrosna (już rano pytała „a moje urodziny?”)
A z czego się cieszę? Że dzieciątko się cieszy. Że przyjedzie tort. I dziadek. Że nasze jagódki pierwszy raz zakwitły. Że coraz bardziej czuję, że tak naprawdę nie muszę się nigdzie spieszyć. Z tego cieszę się najbardziej. Oddycham.
Siedzę sobie w szlafroku, moich okularach. Piję czarną herbatę, co ładnie pachnie. Jagodami i wanilią.  Ktoś za oknem pięknie śpiewa. Niebo bezchmurne uśmiecha się do mnie. Budzik zadzwoni dopiero za jakąś godzinę (Asia wychodząc z domu kazała „odpoczywać”), ale jakoś mi tu nie brakuje mojej poduszki. Zaczynam sobie dzień… powoli… delikatnie… ładny ten dzień. Tyle mam niby rzeczy do zrobienia. Wszystko to jutro. Dziś dzieci. Na moje 100%.  A że dzieci dopiero potem… :)
Całuję Was kochani!

PS. Asia w aucie: „Mama patrz! Białe tulipany! Tam! Po środku szyby!” Moje szczęście.


Jacek na urodziny by bardzo chciał TO KRZESŁO (mamo:)

Przygotowania w niedzielę. Przed chrztem kuzynki. Kuzynki Faustynki.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Nowe szlaki neuronalnych połączeń

Zrobiłam wczoraj coś głupiego. Nawet nie wiedziałam, co zrobiłam, a czułam się tak podle. Jak daleko w tym absurdzie muszę się jeszcze posunąć, żeby w końcu zobaczyć absurd? Skoro nie widzę, to skąd wiem, że absurd?

Powiedzmy, najgorsza możliwość. Tak, zrobiłam coś głupiego. Dobra. I co teraz? Teraz przypominam sobie, że osobą, która mnie najsurowiej ocenia, jestem ja sama. Taak, co dalej? Dalej patrzę, czy to ma sens, czy prowadzi mnie do czegoś dobrego… Czy czuję się lepiej, działam skuteczniej, uczę się czegoś? Dobra, ale każde pytanie jest mocno retoryczne, bo WIDZĘ.

Może widzę i nic mi z tego? Puściłam ironię, już się nawet z siebie nie śmieję. Ciężko jest się nie śmiać, skoro KAŻDEMU daję „benefit of a doubt”, a samej sobie nie potrafię. Chwila bezbronności, garda ironii w dół. I nie wiem. Po prostu. Albo gorzej. Wiem, ale nie potrafię. Widzę absurd. Ok, co bym powiedziała komuś… Cokolwiek bym nie powiedziała, nie pomogłabym nic. Bo nie możesz komuś dać, czego sam nie masz. Co bym powiedziała jakbym miała? „Musisz sam”? „Tak naprawdę już wiesz, już to w sobie masz, musisz tylko znaleźć”? A co, jeśli już wiem, że wiem… Że nawet TEGO nie muszę sobie mówić. Co wtedy? Co mogę z tą wiedzą zrobić?

„Engage-Entrain-Embody”. Ok, powiedzmy, że zaczęłam. Przecież pytam. Teraz… jakie szlaki neurologiczne stworzyć i JAK? Bo dezaktywacja istniejących szlaków, odpowiedzią (podobno) nie jest żadną. Podobno nie chodzi o to, żeby zniszczyć samo zaburzenie, tylko dostarczyć do mózgu nową, dobrą wiadomość. Jaka jest wiadomość? Że to, co czuję, jest bez sensu, bo jestem piękna, fajna, dobra. Że wszystkie rzeczy, które się przyczyniły faktu, że nie czuję się dobrze ze sobą, JUŻ NIE ISTNIEJĄ . Zarówno wszystkie zranienia, jak i wszystkie błędy, które popełniłam i za nic nie mogę sobie wybaczyć (nawet jak części nie pamiętam). Już nie istnieją. Dobra, mój umysł to wie. Jak to przekazać reszcie mojej świadomości?

Najlepiej taaak, żeby prowadziła mnie motywacja „sobie” a nie „światu”. Wiadomo, że światu, ale motywacja „chcę”, a nie „jest to ode mnie wymagane”, jest (jakby) cenniejszą motywacją. Czy chcę? Chcę. Ale jak tylko zapytam „Jak?” odpowiadam sobie naturalnie „A co jest ode mnie wymagane? Pokaż, zrobię co trzeba”. I gdzie ja w ten sposób mogę dojść?

Dobra, powiedzmy, że moim sukcesem dziś będzie, że wcale się z tego nie śmieję. (Czyli mam dostęp, nie zablokowałam go, nie boję się AŻ TAK.)

Kocham moją podróż!! (Tu też nie ma ironii.) Siebie też, tak naprawdę, kocham. Tylko zapomniałam. Zapomniałam kim jestem. I jednocześnie nie zapomniałam, co mogę, co powinnam. A nie mogę wszystkiego, co mogę, nie pamiętając, kim jestem. Nie sposób tak spełnić własnych oczekiwań. O, moja dobra wiadomość, cześć :) Dobrze że jesteś. Zaczęłam właśnie synchronizować moje fale mózgowe do oczekiwanej częstotliwości, prawda? Psycholog behawioralny by to nazwał „entrainment”.  

40 symfonia mozarta i jadę zaczynać dzień, tydzień. To będzie dobry tydzień :)

niedziela, 24 kwietnia 2016

Niedziela... ciekawe słowo...

Chciałam wczoraj coś zrobić. Coś headfirst fearless (tak, JA:). A kosmos na to: haha. Ale – dobry początek. Przynajmniej już widzę, co zrobić warto (dobra, widziałam już wcześniej, ale zostało mi to przypomniane na zasadzie „patrz tu!”). I nawet, jeśli teraz moje „jak”, było zupełnie nietrafione… Będzie czas, to znajdę odpowiednie „jak” (Na przykład… mimochodem… i nikt nic nie zauważy... jak mi dusza drży...)

Wraz z postępem ewolucji, wraz z rozwojem, nieuchronnie postępuje też poziom odpowiedzialności. Więc, zamiast płakać, mogę powiedzieć „dziękuję, Wszechświecie kochany, że dostałam jeszcze trochę wolnego” :) Zanim się zacznie, tak na serio. Dobrze, że nie jestem sama. I ktoś TAM jeszcze za mnie pamięta. Doceniam. Nawet, jak czasem przeklinam kosmiczną ironię. Wiem, że to z miłości. Wiem. I mimo tej całej amnezji i pogubienia mogę się czuć bezpiecznie. Bo… wiesz, że ktoś nam nami czuwa… Wiesz, prawda? Nawet, jak nie wiesz, nawet jak zaprzeczasz/nie wierzysz… To i tak nie zmienia faktu. Nieważne co zrobisz, pomyślisz. Nieważne w co wierzysz. Jest dobrze. Jesteśmy kochani.

Już w czwartek minie 5 lat odkąd urodził się Pierworodny. We wtorek „impreza”. Goście, prezenty, szaleństwa. Rodzice gości też ;) 5 lat. W tym wieku, urodziny są tak rzadko... Tak wolno płynie czas… Nic dziwnego, że Jacek tak się cieszy, tak czeka. I że tak trudno mu to przychodzi. Że ściąga kalendarz ze ściany, liczy. I pyta, cały czas pyta. Postaram się, żeby miał jak najlepsze wspomnienia. Postaram się, Aniołku. Teraz jestem bardziej niż 5 lat temu.

Parę wspomnień:

Pierwszy tydzień

Drugi tydzień

W naszym lesie. Tą ścieżką pod mostem jeżdżą teraz super-pociągi...


sobota, 23 kwietnia 2016

Jacek Kaczmarski - Autoportret z psem




Przyszła mi do głowy ta piosenka dziś. Bo... moje dzieci raczej
unikają innych dzieci. A ja? Ja raczej unikam innych dorosłych.

Ktoś mnie próbuje do czegoś zmusić. Nie lubię, jak się mnie
do czegoś zmusza. Michał chce mnie zmusić, żebym zaczęła coś robić. W sensie,
ćwiczenia czegoś. A ja dalej swoje, że rehabilitacja jest mocno
przereklamowana. I że tak naprawdę najlepiej się czuję, jak nie robię zupełnie
nic. Zwykle ludzie nie mają pojęcia o zarządzaniu energią. Czego wymaga. Jeśli
jest wymagane. Powiedziałam, że w takim razie może mnie nauczyć stać na głowie
:) Co z moim błędnikiem jest raczej mało prawdopodobne, żeby to delikatnie
ująć. A może? Może czas zacząć pracować nad sobą też na poziomie CIAŁA? Coś
więcej niż moja „self-guided yoga”, moje srt, moje medytacje (note to self: ha,
robię coś!) ? Haha, to będzie mocno zabawne, jak się zdecyduję ;) A kto wie, może
się zdecyduję, w końcu PO COŚ Michał się w tym moim „hologramie” pojawił… 

Całuję Was kochani! Dobrego weekendu.


Piniaty do nas przywędrowały... A tak miały daleko.





piątek, 22 kwietnia 2016

Dzień Ziemi

Znalazłam Piosenkę wczoraj. Czasem tak mam, czasem znajduję Piosenkę. Pokazałabym Wam, bo jest... ale przecież, nie wiecie, na jaką inną Piosenkę TA jest odpowiedzią... W każdym razie. Cieszę się że pianino zostało :) (tak słoneczko, możesz być "przecież tylko szczera" ile tylko chcesz, haha, kocham)

Dziś Dzień Ziemi. Dziś pamiętam bardziej. Dziś doceniam bardziej. Staram się zawsze. Ale dziś... Dziś specjalne dziękuję dla CIEBIE.

I Piotrusia małego urodziny. Jedziemy do niego popołudniu. Na „placu zabaw” będzie miał, haha. Jacek też. Jacek we wtorek. Już się nie może doczekać. Niech żyją Place Zabaw. Nie przygotuję zupełnie nic I nie umyję ani jednego talerza :) Ale będzie potem… w maju… wersja nr 2 urodzin Jacka, czyli „grill dla rodziny”. No wiem… ale… czego się nie robi :)

I urodziny Kanta :) Dziś.


okularki pinhole, ciekawa rzecz

Podobno kradzione...





czwartek, 21 kwietnia 2016

O lustrach

Kocham lustra. I wyobraźcie sobie, nie jestem przy tym aż tak próżną osobą, jakby ktoś mógł pomyśleć. Co robi lustro? Lustro odbija, co widzi. Lustro nie ocenia. Nie ma uprzedzeń. Nie ma nawet preferencji. Każdy widzi w nim coś innego. Każdy widzi w nim siebie. A to przecież to samo lustro. Jestem lustrem. Ty też. Może… warto byłoby… starać się chociaż… żeby być takim… lustrem z przymierzalni. Co to jest wrażliwe na ludzkie kompleksy. Wyrozumiałe. Które oświetleniem… I trochę też fizyką… Sprawia że czujemy się piękni. (W końcu chcą nam sprzedać tą sukienkę. Chcą bardzo.) Świat byłby lepszy, jakbyśmy wszyscy nauczyli się podstaw delikatności.

Czereśnia zaczęła kwitnąć, hihi. Pszczoły do nas wrócą. Dzieci się ucieszą ;) I jabłonka się powoli budzi. Nie tylko ona. Asia dostrzeże każdą nową stokrotkę, każdego mlecza. Czeka na dmuchawce. Wczoraj z jednej strony domu naprawiali domofon… Z drugiej wozili cement… I ten niekończący się remont ulicy… Ledwo słyszałam własne myśli. Cały czas ktoś coś chciał… Ale dziś jest spokój. Względny :) A nawet jak ktoś coś będzie chciał… Jadę stąd i tak :]

Dobrego dnia kochani!



środa, 20 kwietnia 2016

O lekarstwach innym razem

To nie jest notka, tak dokładnie, o tym, co mi pomaga (Wiem, powiedziałam, że napiszę i napiszę. Niedługo. Póki co mam takie mdłości od antybiotyku, że o chemii nie chcę nawet myśleć.) Ale prawie. To jest notka o jednej z rzeczy, która mi pomaga. I piszę o tym, nie dlatego, że lubię reklamować rzeczy. Bo nie chodzi ani o rzecz, ani reklamę. Piszę dlatego, że może pomoże komuś z Was (wieeem, że Gdańsk jest mi najbardziej wierny, pozdrawiam!). Jest Osoba. Ma na imię Michał. Jest masażystą i rehabilitantem. Zacznę po swojemu, czyli od tego, co jest najważniejsze dla mnie. Jest dobry. Skromny. Jest też całkiem utalentowany. Wrażliwy. Dotrze do tego, czego potrzebujesz, zanim sam będziesz o tym wiedział. Rozumie ciało. Jak działa. Ma otwartą głowę, czerpie z różnych miejsc. I ma swoje własne wnioski. Zadaje pytania o wpływ mięśniowo-powięziowej równowagi na mózg, na SM. Dlaczego? Dlatego, bo ja jestem i przyszłam do niego. Bo ja mam SM. To właśnie nazywam byciem dobrą osobą. Dobrą, zaangażowaną osobą. Prowadzi masaż i rehabilitację. Miałam do czynienia z różnymi „Dąbkowymi” rehabilitantami, których, swoją drogą, uwielbiam (Jacek… Ewa… Ania…) Jakbym miała wybierać – wybrałabym Michała. Ze względu na wyczucie, mądrość, empatię.

Tu namiar. http://kinesis-gdansk.pl/masaz/ Stronę ma beznadziejną (sorry Michał:) i raczej nie znajdziecie tu nic ciekawego/przydatnego. Nie mniej, jak to mówią, nie oceniaj po okładce.

A u nas mamy dziś mamy prace fundamentalne. Pomyśl… jak rzadko słowo „fundament” jest używane w znaczeniu nie-metaforycznym… Dość rzadko. W każdym razie. Wylewają dziś fundamenty w środku mojego ogrodu. Nawet sąsiad się zgodził. I to nawet bez kłótni. Z małym tylko wspomnieniem mimochodem: „Nie oglądałaś „samych swoich”? No co ty?!”. Nie powiem na razie, co będzie, to sekret :) Coś dla dzieci. I moooże dla mnie, (właśnie Ktoś, Kogo Kocham mi powiedział, że przecież trzeba, haha) Pokaże Wam potem. Za 10 dni ma być, jak fundamenty „wystygną”, czy coś takiego…

Dobrego dnia kochani!

wtorek, 19 kwietnia 2016

Rise in LUV

Obudziłam się. Trochę przedwcześnie. Ok, mocno przedwcześnie. Chciałam jeszcze zasnąć. Się nie udało. Leżałam więc, medytowałam sobie o rzeczach. W końcu chciałam już wstać. I poczułam zapach kwiatów. Białych. Ale nie do zidentyfikowana. I zapach powietrza jakby po deszczu. Że jednak udało mi się zasnąć? Haha, właśnie że nie. Nie wtedy. Skąd wiem, że białe? Właśnie. Skąd… Jakbyśmy przyjęli, że węch to rodzaj słuchu… Czy można usłyszeć obraz? Wiecie o synestezji? Jak to można zobaczyć dźwięki. Są ludzie, którzy widzą muzykę. Są nawet tacy, którzy potrafią namalować, to co widzą. Niezwykłe, co? Ale nie wiedziałam, że można usłyszeć obraz. Niby nie wiedziałam, a przecież to to samo. Lubię te moje małe „aha” momenty…

Wczoraj… nawet nie zdążyliśmy wyjść do ogrodu i już się zrobił wieczór. Jacek tworzył swoje rzeczy. Rozbudowywał, wymyślał, kombinował. To poskakał na trampolinie, to pociął nożyczkami baloniki i wstążeczki (będą nowe, przecież ZARAZ urodziny). To zrobił „laurkę” z tego co pociął. To „pokolorował” puzzle. To pograł z mamą „w zagadki” (jego zagadki oczywiście musiały się rymować, niezależnie, czy wobec tego dało się je odgadnąć:).  Ciężko nadążyć za Jackiem. A Asia… Asia walczyła z clicksami. Odkryła, że jest na nich napisane 4+, a ona niedługo będzie miała czwarte urodzinki. Była tak nieziemsko cierpliwa. Nie wychodziło jej zupełnie. Nie miała tyle siły. Tyle zgrabności w palcach. PRAWIE się nie wściekała. Wierzyła w siebie tak mocno. Próbowała, z przerwami, przez całe popołudnie. Aż w końcu jej się udało. I przez cały wieczór siedziała zadowolona i robiła „węże” z clicksów. Moje dzieciątko. Bezcenna cierpliwość. Chciałabym mieć tyle tego w sobie, co ona ma. Albo… żeby Jacek miał choć UŁAMEK jej wiary w siebie… Moja Asia. 

Tak jeszcze Wam tylko powiem… bo różni ludzie pytają mnie o różne rzeczy. Nie biorę już LDN. Nie biorę już lisinoprilu. Nie biorę już fumaranu. Nie zachęcam, nie zniechęcam. Po prostu nie biorę. Mogę powiedzieć, jak co działało na mnie - objawy uboczne, kliniczne korzyści itd. - wszystkiego co brałam - razem z interferonami i copaxonem. Ale proszę nie pytajcie, co polecam. No skąd ja mogę wiedzieć, co WAM pomoże? Taka mądra zdecydowanie nie jestem. Dobra, zrobię notkę o tym, co mi pomaga. Jeszcze raz. Potem, ok... 

Dobrego dnia, kochani!

Mała rzecz a cieszy. Pierwszy arbuz w roku. Zniknął szybciej niż znikają pianki...

Niech żyje symetria.

Jacek z clicksów. Serio!

Noga żyrafy. "Mama to będzie dla ciebie!"



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Cześć. Uśmiech? MIMO poniedziałku?

Pamiętacie, mówiłam Wam kiedyś, jak to „walczę” z hydro-akustyczną teorią… Wróciła do mnie wczoraj :) Z nowym poziomem. Bazy nie rozumiem dalej. Ale jakoś powoli hmm… może czasem warto spróbować „od końca”? :] Może wtedy się dojdzie do początku... Może. Wiem, że najlepiej od początku i od końca jednocześnie. Tylko że, TU jeszcze nie doszłam. Świadomie jeszcze nic podobnego nie dokonałam. (Nieświadome łączenie kropek to inna sprawa…)

Jadę na masaż. A potem sadzimy fasolki, siejemy maciejkę i groszek pachnący… I może ponegocjuję szansę dla mojego orzecha… Właśnie, pokażę Wam orzech. To to „martwe” drzewo w tle… Posadził je mój pradziadek tuż po wojnie. „Do ścięcia”. Ulubione drzewo Asi. Moje ulubione drzewo.

Ciekawe, jaki to będzie dzień… 


niedziela, 17 kwietnia 2016

Wiosna

Jestem :) Wiosna. Żegnajcie długie spodnie! Do zobaczenia w październiku. Cześć moje sukienki, tęskniłam. Właśnie zaczyna się miesiąc społecznego potępienia mojego chodzenia z „gołymi nogami” jak jest „przecież jeszcze tak zimno”. A to słońce jest „takie zdradliwe”. Uśmiechania się i mówienia „no właśnie, co mi strzeliło do głowy!”

Kiedyś tak bardzo chciałam się dostosować do społeczeństwa. Tak bardzo chciałam należeć. Potem… Potem doszłam do wniosku, że po pierwsze – wcale nie muszę. Mogę WSZYSTKO obok. A po drugie – że jak nie znajdę w sobie – nie znajdę w ogóle. Niezależnie czego szukam.

Aktywistom, co to chcą „zmieniać świat” bo „tak przecież nie może być!”, z którymi mocno empatyzuję, bo sama mam swoistego „wewnętrznego aktywistę”, który mnie czasem popycha do różnych rzeczy, powiem – „What if the broken thing isn’t fixable by you? Wouldn’t be more useful to learn how to work around the broken thing rather than to be trying to fix it?”

Herbatkę dostałam moją ulubioną. Piję sobie i rozmyślam.

Kto to był, co powiedział „It is no measure of health to be well adjusted to a profoundly sick society”…?  Krishnamurti?

PS. Zamiast niedzielnego winka/piwka polecam: 1 litr ciepłej wody + 2 łyżeczki różowej soli (himalajskiej). Wypić przez 15 minut. Detoks. Może to dla siebie zrobisz?

PS też. Szklanka do połowy… PEŁNA. Że aż się wylewa. Jeeej. Zrobiłam dobrze! Ale to dobrze. Dobrze, że w siebie wątpię. Pokora pomaga ciut uważniej. Iść. Być. 


Kto mnie wczoraj odwiedził? Hihi


Się boję

Miałam straszny sen. Po prostu straszny. Dawno nie obudziłam się z takim poczuciem ulgi. Chciałam Wam dziś coś powiedzieć. Powiem… Powiem… tylko się trochę otrząsnę. Powiem potem. Niedługo.
Kochani… miejcie dobry dzień!

sobota, 16 kwietnia 2016

Się waham

Cześć kochani :) Już napisałam jęczącą notkę, jak to sobie „zepsułam” komputer, aż mnie olśniło. I naprawiłam. Jeeej.

Już napisałam o moim orzechu, utylitaryzmie i Asi. Aż mnie olśniło – za miesiąc. Za miesiąc po prostu zobaczę.

Już napisałam o koncepcji czasu. Percepcji, fizyce. Ale nie byłam pewna. Nie znalazłam badania. Nie chciałam.

Więc wychodzi na to, że dziś powiem Wam tylko – (tu chciałam Wata zacytować, ale TEŻ nie:).

Się waham. No sama nie wiem... Ale tak naprawdę, to dla mnie to duża rzecz. Dobry znak. Coś jakbym dorastała. Bo zwykle wiem. Wiem, ale nie potrafię. Wiem, ale nie chcę. Wiem, ale się boję. Teraz nie wiem. Po prostu. Pomyślę trochę, gdzie jestem, docenię chwilę. I napiszę to pytanie, tylko w innym pliku. I się dowiem, no. Dowiem się, co bym tak naprawdę chciała. Żebym WTEDY mogła to poddać. Świadomie poddać. Ku najwyższemu dobru wszystkich. Wolną wolę, porządkowi kosmosu. Z szacunkiem. Z miłością. Tak jak miałam to zrobić.

Albo… nie napiszę wcale. Ciekawe, co wtedy? Nie wiedząc, co chcę... Mam mocne przeczucie, że gdziekolwiek będę za rok, będzie to dobre miejsce. Może puszczę potrzebę świadomego tworzenia na chwilkę… Ach, pokusa. Dobrze jest mieć Anioła Stróża. Ale tak naprawdę, ktoś kiedyś, całkiem mądrze, powiedział „If you don’t design your own life plan, chances are you’ll fall into someone else’s plan. And guess what they have planned for you? Not much.” Dobrze jest mieć preferencje. Nie oczekiwania - preferencje. Bo tak naprawdę bez świadomości, zaufanie jest tylko snem. Niczym więcej.

Ekstra jest ufać. Oglądać „mapę prawdopodobieństw” bez lęku. I’m so blessed. Dziękuję.

Miłego weekendu kochani!

piątek, 15 kwietnia 2016

Po drodze

Aaaa, jadę na komisję!!! Proszę ładnie trzymać kciuki! Radzili mi wszyscy „musisz grać”, „musisz wziąć kule/wózek”, „ci ludzie nie mają poczucia humoru”. Ale ja wiem, że wcale bym nie doceniała mojej wolności, jakby TO miała być jej cena. Nie jestem taka zdesperowana. Żeby zrobić złą rzecz. Tak świadomie i bezczelnie. Aczkolwiek wolność kocham i szanuję. Swoją drogą… nie sądzę, żebym miała ją stracić. Ufam.

Zrobiłam sobie listę objawów. Jak dobrze, że musiałam to zrobić. Że nie mam tego w łatwiej dostępnym poznawczo miejscu, na przykład na końcu języka, czy czubku głowy. W sumie… czego ja się właściwie boję… jak trudne może być spotkanie z osobą, która uważa, że moje SM to nie moja wina? Że ja tutaj jestem ofiarą… 

Miłego dnia kochani!

czwartek, 14 kwietnia 2016

Portret rodzinny

Idealna rodzina. Kochająca bezwarunkowo. Zapewniająca poczucie bezpieczeństwa, bycia kochanym, zaopiekowanym. To wcale nie jest taka oczywista rzecz. Jak masz – doceń. Tak się zastanawiam. Skoro byłam wychowana w TAKIEJ rodzinie, otoczona miłością, bezpieczna. Gdzie każda moja potrzeba była spełniana, zanim się jeszcze pojawiła… Gdzie nawet nie przyszłoby mi do głowy, że to nie jest oczywiste, że ktoś inny może mieć inaczej... Skąd wobec tego wzięły się moje problemy z miłością własną, z akceptowaniem pomocy itp? Przecież powinnam wyrosnąć na „zepsutą” i pewną siebie osobę…

Może nasze problemy nie biorą się tylko z okoliczności w jakich przyszło nam żyć? Z dramatów jakie funduje nam świat naszych czasów? Może nasze traumy leżą głębiej? Może lecząc przeszłość, chociażby analizując ją do bólu i „przeżywając” jeszcze raz… bądź też używając bardziej zaawansowanych technik „leczenia głowy”…  ślizgamy się tylko po powierzchni? Nie mam cudownej recepty. Nie mam nawet teorii. Ale myślę sobie… I tak naprawdę… mam jedną teorię. Ale nie przemówiłaby do was, więc wam daruję ;) Powiem tylko… może nic się nie dzieje bez przyczyny? Może wszystko ma swój wyższy cel, nawet jeśli tu, na dole, nie jesteśmy go w stanie dostrzec? Może nasze życie jest zaprojektowane tak, żeby służyło nam najlepiej? Żebyśmy odkryli swój najwyższy potencjał. Może nawet autorami tego projektu byliśmy my sami? (ok, tutaj może „pojechałam” zbyt odważnie, starczy;) I nie, nie mówię tylko do biednych „ofiar” rodzinnych dramatów, dzieci z rozbitych domów itp. Mówię też o moim SM.

„Jaki jest twój ulubiony kolor, Jacek?” „Czerwony, pomarańczowy i żółty. W TEJ kolejności!” Mądre dziecko. Wszystko po kolei.

Kupiłam ziemię, nowe doniczki. Dziś przesadzamy kwiatki. Coś czuję, że ta ziemia będzie wszędzie. Ale jest też potencjał całkiem dobrej zabawy. Asia kocha kwiatki. A Jacek będzie miał doświadczenie z cyklu „nauka (wrażliwości) poprzez zabawę”. Podobno - najskuteczniejszy sposób uczenia dzieci czegokolwiek. Pomaga też obserwowanie dziecka i podążanie za jego inklinacjami, jakiekolwiek by one nie były. Wtedy potencjał „wzrostu” jest NIESKOŃCZONY.  To dotyczy też ciebie. Gdzie TWÓJ „potencjał wzrostu” jest nieskończony?

środa, 13 kwietnia 2016

Dzień Pamięci Katynia

Prawie zapomniałam. Co dziś za dzień... 13 kwietnia.

Oto świat bez śmierci,
świat śmierci bez mordu
świat mordu bez rozkazu,
rozkazu bez głosu
świat głosu bez ciała
i ciała bez Boga
świat Boga bez imienia,
imienia bez losu


Z badań klinicznych

Coś dla fanów nowinek, ozanimod. http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26879276
http://www.news-medical.net/news/20160217/3819/Polish.aspx  Sama chętnie odstawiłabym gilenyę. Immunosupresję do poziomu hiv-owca w stadium aids i masę antybiotykowych cukierków. Ale, coś mi się wydaje, że to by było zwykłe „siekierkę na kijek”. Poczekajmy na plasterki.

A jak już jestem przy tym, no, naszym… Miałam szansę wziąć udział w badaniu komórek macierzystych http://strategmed.tregs.gumed.edu.pl/?page_id=557 Wiem, komórki macierzyste = PRZYSZŁOŚĆ. Ale nie poszłam w tę stronę. W każdym razie, może kogoś zainteresuje. Wydaje się dobra rzecz, jak nie masz szansy na gilenyę/tysabri, czy tym podobne. Bo, oczywiście, jak w każdym badaniu, terapii łączyć nie można.

Całuję Was kochani!

wtorek, 12 kwietnia 2016

Witaj

Jak zapisać zapach? Tak bym chciała umieć zapisać zapach… Nie tylko w pamięci komórkowej... Na przykład ten z drugiego zdjęcia. I nie czekać potem znowu na niego CAŁY rok…

Co by było, gdyby świat był tylko hologramem? Wiedza o tym na pewno pomagałaby nam sobie w nim radzić. Perspektywa…jeśli potrafi się z niej skorzystać. Czy by wystarczyła? Pewnie, że nie. Można opowiedzieć piękną historię, można opowiedzieć słaby dowcip. Można wnieść radość w hologram, swój i innych, a można sprawić, że stanie się on drogą przez mękę. Do tego stopnia, że już nie będzie miało znaczenia, że „to tylko hologram”.

To nie miała być żadna głęboka myśl, nie starałam się, żeby była. Tylko „Dzień dobry, zapraszam cię do mojego świata. Zapraszam delikatnie, powoli. Tak naprawdę zapraszam już od jakiegoś czasu. Tempo się nie zmienia, tylko częstotliwość. I to tylko trochę. Dobrze że jesteś.”






PS. Haha, powiedziałam że nie uwierzę w 500+, dopóki nie zobaczę na własne oczy. No i nie dałam rady wypełnić wniosku. Baaardzo zabawne (przecież jestem TAKA dobra z cyferek i rzeczy...). Niech żyje wtórny analfabetyzm! Pozdrawiam moją kochaną mamę, która mnie właśnie wyręcza :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zabawy kamykami

I to nie był mój pomysł, serio (och no, genów się nie wypieram;) Ani projekt… Jacek ma ostatnio „fazę symetrii”. Jak coś nie jest symetryczne… cierpi… Potrafi się rozpłakać, jak zabraknie jednego klocka lego, który byłby taki sam jak ten drugi, bo nie ma „do pary” i budowla jest nieładna… Także kamyki najpierw zostały podzielone i wszystkie nie-do-pary odpadły z zabawy. Nie krytykuję, nie oceniam, zobaczy sam, jak będzie czas. Też miałam swoje ocd w dzieciństwie. I walka z nim kosztowała mnie moje połączenie z Bogiem (które dopiero teraz kawałek po kawałku odzyskuję). I zapomniałam. Także mądrzyć o tym nie będę się na pewno.

Wzorki dzieci:

kwiatek-ślimak. No wygląda jak słoneczko, wygląda… :)





  Wzorki mamy:


niedziela, 10 kwietnia 2016

srt

Jeśli jesteś z Trójmiasta lub okolic i jesteś zainteresowany/-na terapią rezonansem stochastycznym (srt) – maila, pliz. Kiedyś jeździłam na to specjalnie przez pół Polski do Dąbka, teraz mam u siebie, więc nie będę taka i podzielę się, jak coś. Krio mamy w Sopocie, więc Dąbek póki co mogę sobie darować :] Buźki!

sobota, 9 kwietnia 2016

Kochani...

Czytałam sobie Herberta… Chciałam Wam coś zacytować… ale on tak bezczelnie, tak dosłownie. Czułabym się zupełnie naga… Czemu słowa „naga” zwykle odnosi się do fizyczności? Przecież ciało to najbardziej zewnętrzna warstwa NAS. Najmniej intymna. To co robię tutaj jest dużo bardziej intymne. Więc stąpam ostrożnie. Wśród Was.

tort dla mamy


Tak wyglądam jak się boję. (Naprawiam swój błędnik.)

piątek, 8 kwietnia 2016

Dokąd

150kg piasku z punktu A do punktu B (punkt A będący naszą furtką, punkt B – piaskownicą dzieci, ze schodami po drodze). W 6 ratach.. (rat byłoby więcej, ale ciężko przetransportować PÓŁ worka piasku….) No, wiem :P Miałam taczkę, opona pękła. Misja była więc mocno zabawna (no nie udźwignę takiego worka, nie ma co ściemniać:), kreatywna i co najważniejsze, zakończona sukcesem.

„Teraz znów słyszę jeden tylko głos jeden głos jeden głos
jedno słowo
które woła mnie.
Dokąd?”
Aleksander Wat

A ode mnie… Nikt cię nie ocenia, oprócz ciebie samego/samej. A jeśli ocenia, to jest jego problem, nie twój, serio. Więc jakbyśmy tak spróbowali spojrzeć na siebie uczciwie. Bo co się stanie, jak przyznasz przed SOBĄ, jaka jest prawda? Jaka jest najgorsza rzecz jaka może się stać? No jaka? Wtedy tak naprawdę zobaczysz, że rzeczywiście osobą, która cię oceniała jesteś ty. I wtedy można to odwrócić. Spojrzeć z zewnątrz, wzbudzić empatię. A potem poczuć. Jesteś w porządku. Zupełnie w porządku. Moje lustro, na przykład, jest dla mnie coraz milsze. Coraz bardziej wyrozumiałe. Coraz cierpliwsze. Schizofrenia? Może mówię w przenośni? A może nie tylko w przenośni? Może rzeczywiście gadam do lustra? I może to nie jest taki głupi pomysł? Wiem, każdy jest dla każdego lustrem. Ale czasem trudno to zauważyć i jeszcze trudniej przyjąć lekcje, które ktoś dla nas odbił. Przecież i tak prowadzisz dialog ze sobą w swojej głowie. Lustro może ci pomóc przyjrzeć się, jak ten dialog wygląda. Może do czegoś prowadzi? A do czego? Tego ci nie powiem, ale możesz zobaczyć sam/-a :)

PS. To też może pomóc owy dialog wyciszyć. Co kto lubi :) I potrzebuje. Czasem nie potrzeba słów. Czasem zrozumienie się po prostu pojawia.
Wrócę do tego. Bo „schizofreniczną” grę można też prowadzić na piśmie. Najpierw najlepiej ręcznie. Można się naprawdę dobrze poznać. A nawet wyciągnąć wnioski. Zmienić, co warto zmienić. Zadać pytania i dostać odpowiedzi. Wsłuchać się w swój wewnętrzny głos, w intuicję (która, wiadomo, zwykle ma rację…). 


czwartek, 7 kwietnia 2016

Virgo imprint

Tyle rzeczy się ze mną
dzieje.. A ja nic nie wiem, nic nie rozumiem. Nie wiem czemu ufać, czemu nie
ufać. Nie wiem, gdzie mnie to zaprowadzi. Drogi/procesu też nie rozumiem. Każda
osoba którą bym zapytała, powiedziałaby, że zrobiłam dobrze. Że współ-tworzenie.
Że dobra intencja. Dobra osoba. Że doświadczenia innych. No może jedna
powiedziałaby, że źle, ale mogąc zapytać - zapomniałam zapytać. Znak, że mam
zaufać? Że zrobiłam dobrze? Że proces jest dobry, że czyszczę złe rzeczy i
zmierzam ku nowemu... właśnie… ku czemu… Aaa, testy z zaufania… uwielbiam. No
wolę testy z zaufania, niż z konfrontowania się z moją naiwnością. Zdecydowanie
wolę. Ok, znalazłam pozytyw ;) To mogę iść i zaczynać dzień. Dzięki że
słuchacie mnie, kochani moi, dzięki! 




pozostań ufna, lecz ostrożna

środa, 6 kwietnia 2016

Wiosna ach to ty

Ciepło się zrobiło. I natychmiast mój mózg zapomniał, jak się chodzi, no… Czy noga? Nie, mózg. A lato ma być wyjątkowo upalne. Ekstra. Co jeszcze? Co jeszcze powiem, w te piękne pierwsze dni wiosny? Co słonko tak ładnie świeci, ludzie się kochają i w ogóle aż CHCE SIĘ ŻYĆ. No co? Oko :) Śmieję się przez łzy. Ale serio. Ech, no... Dwie rzeczy – ciepło to raz, a dwa że przestałam, na małą chwilę, CAŁY CZAS (coś) JEŚĆ, bo myślałam, że tak będzie zdrowiej. Okazuje się, że nie dla mnie. Wystarczył jeden dzień od rana do 18-tej (czy 17-tej…) na 1 jabłku i dwóch bananach i mój organizm powiedział „o nie, nie ze mną te numery”. Nie wiem, czy Wam kiedyś mówiłam, ale pewnie tak, ilość kalorii, które sobie „dostarczam” podważyłaby wszelkie teorie, które mają dietetycy w zapotrzebowaniu ludzi. Powinnam co najmniej ważyć 100 kilo i mieć wszelkie choroby towarzyszące otyłości. Szczególnie przy ilości ruchu, hmmm… charakterystycznej dla osoby z SM. (Aaa!! Właśnie COŚ zrozumiałam o moim „energetycznym” funkcjonowaniu!! Duże aha łamane na wow.) W każdym razie… dziś siedzę na tyłku, zbieram energię, modlę się i negocjuję, że nie, nie muszę teraz przepraszać się z moimi kulami, czy wózkiem. Jeszcze nie. Dzieci jeszcze małe. Jeszcze trochę. No już MOGĘ jeździć do Dąbka (w dobrej formie też). A do szpitala mogę równie dobrze chodzić, w odwiedziny i no… na badania wszystkie… wystarczy, pewnie że wystarczy. I będę ładnie pisać bloga. I będę miła i w ogóle… Coś jeszcze? :) Spiritual manners. Nie no, nie idzie mi tak źle, chyba… Aczkolwiek mam wypunktowywany każdy maleńki detal, odkąd poluźniłam trochę wpływ poczucia winy na percepcję ogólną. Także poprzeczkę mam wysoko. No ale gdzie indziej JA miałabym mieć poprzeczkę? :)

„Cześć, jestem pilot od klimy, dawno śmy się widzieli!” Ok. Damy radę :)

Tak, piszę o głupotach (acz prawdziwych), bo jakbym miała Wam powiedzieć, co się naprawdę we mnie dzieje… Dzieje się trochę. Dzieje się dobrze. W sumie, jeszcze nie czas, żeby to oceniać. Będzie czas, niedługo się podzielę.
Buźki

Ta huśtawka pamięta moje dzieciństwo...





Własnoręcznie zbierane bursztyny. Własnoręcznie odjęty sobie od ust spirytus.

A na ścianie... 12 lat temu.... :)

wtorek, 5 kwietnia 2016

Coś nowego

Cześć kochani. Znalazłam osobę. Osobę, która potencjalnie może mi pomóc. Widać dodarłam już do etapu, kiedy mogę coś od kogoś wziąć i jeszcze się z tego cieszę ;) no guilt trips. Czuję taki pokój... Jakbym… straciła motywację do wszystkich gier… Może to wcale nie jest konieczność…

A zaraz jadę na masaż. Prawda, że dbam o siebie? Wiosna. Miałam też postanowienie związane z dietą. Miało się zacząć od jednego dnia płynnej diety w tygodniu. Miało to być wczoraj. Ale obudziłam się ze zwiastunem ataku epileptycznego, więc przełożyłam to na dziś. Dziś jest lepiej, elektrycznego „wyładowania” nie miałam, może mogę tę energię wykorzystać jakoś produktywniej, zobaczymy. 

Co jeszcze? Złocień pięknie nam zakwitł. Nie robiłam zdjęć. W ogóle od dobrych paru dni nie miałam aparatu w ręku. Ale już zaczynam żałować, że go nie ma, jak go nie ma, przy różnych okazjach, także dobra wróżba :) 

Całuję Was kochani! Niech to będzie dobry dzień.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

'And none of the lines can’t seem to take away the pain'

Wiecie… miałam wczoraj smutny dzień. Część mnie chciałaby chyba już się poddać. Nie wiem, czy dam radę dotrzymać słowa. Dałam je wiedząc, że potem o tym zapomnę. Wiedziałam. Byłam
świadoma. Ale jakoś… wcale mi to nie pomaga. Buntuję się znowu. Na ten temat po
raz pierwszy. Zawsze było dla mnie takie naturalne, że jestem sama. W świecie,
który mnie nie rozumie. Myślę, że jak na realia tego świata i tak poradziłam
sobie całkiem nieźle. Ale… czy to sukces? Czy to naprawdę jest sukces, tak się
„dostosować”? Ile z siebie straciłam w tym procesie? I po co! Dla jakiego celu.
Dla celu, w którym tu przyszłam, ok. Bo kiedyś sobie pomyślałam, że fajnie
będzie zrobić coś dobrego. Tylko jakim kosztem. I to z przykazaniem, weź, przy
tym wszystkim, się naucz kochać siebie. Tym razem. W końcu. Pewnie zrobię co
trzeba. Pewnie nauczę się, czego mam się nauczyć. Ale tym razem wyciągnę
wnioski. Bo ja już nie chcę więcej, już mi wystarczy.  


Jakie słowo ma najwyższą wibrację? Miłość? Pokój? Myślę że nie. Myślę, że słowo DOM. 

Masz w swoim życiu osoby, które Cię rozumieją? Doceń to! Nie jesteś sam/-a w tej podróży. Czy to nie wspaniale? Może nawet im powiesz… Jakieś ‘dziękuję’. Jakieś ‘doceniam’. Jakieś ‘dobrze że jesteś’. Coś. 

Mierzę pionowo. Nie tylko z braku alternatywy, choć fakt, to bywa bolesne. Przede wszystkim z najgłębszej potrzeby ponownego połączenia z Bogiem. Trafiam na tyle, na ile mogę. Czasem
mam dni takie jak wczoraj i takie jak ten. Ale przejdzie mi, i dalej będę
mierzyć wertykalnie. Czerpać siłę, czerpać miłość. Wiem, że jak tylko przyjdzie
najbliższa afirmacja, zacznę wszystko od nowa. Ale jestem już trochę zmęczona.
Bo o ile będę mądrzejsza? No o ile... 


niedziela, 3 kwietnia 2016

Co jeśli...

Cześć kochani. Wszyscy wiemy, że marzenia się spełniają. Że to, czego najbardziej chcemy,  prędzej, czy później się spełnia. Wiem, to jest piękne. Ale dziś chciałam Wam powiedzieć o drugiej stronie tego medalu. Co jeśli się czegoś boimy? Tak, mechanizm jest dokładnie ten sam. To, czego się najbardziej boimy, ma największą szansę zamanifestować się w naszym życiu. Nie boimy się czegoś dlatego, że coś się wydarzy (tego nie wiemy, tacy mądrzy nie jesteśmy). Jest dokładnie odwrotnie, to się może wydarzyć PONIEWAŻ się tego boimy. Ponieważ myśląc o tym, tworzymy to. Bo, kto wie, może nasze myśli to rzeczy? Może myślenie, jest tak naprawdę procesem twórczym, nad którym częściowo straciliśmy kontrolę? Może możemy się starać ją odzyskać, będąc trochę uważniejszym wobec swoich myśli? A jeśli już zaczniemy obserwować swoje myśli… warto sobie zadać pytanie… czy ta myśl na pewno mi służy? Co tworzę w tej chwili? Czy na pewno chcę to tworzyć? Chciałam Wam opisać przykład z mojej książki doświadczeń, ale chyba nawet mój ekshibicjonizm ma swoje granice ;) Które widać oddzielają się linią obnażania własnych lęków… 

Co jeśli mam rację? Jeśli myślenie jest rzeczywiście procesem twórczym? Implikacje tego są olbrzymie. W końcu myślimy CAŁY CZAS. Wiedząc to… może byśmy… stworzyli coś dobrego? Kiedyś do tego wrócę. Do jasnej strony medalu. 


Pięknego dnia!