niedziela, 28 lipca 2013

Spod klimatyzatora :]

Ale pogoda. Woda w basenie nabrała temperatury zupy. Mózg się grzeje pod kopułą (na szczęście bezobjawowo). I na szczęście burza ma nas jutro wyzwolić od przypadkowego zagotowania się. Jeśli macie urlop, pewnie powiecie, co to za głupoty prawię.. Cóż, mi z upałami jest nieszczególnie po drodze. Za to moje SM je uwielbia. Dobrze, że teraz siedzi cicho i nie szaleje.


Komu rosną włoski? Może niedługo przestaną ją wszyscy uważać za chłopca.

Asia pije wodę. Z wiaderka, pełna kultura.

czwartek, 25 lipca 2013

Moje Maleństwo ukochane

Asia powiedziała po raz pierwszy MAMA! I to ze zrozumieniem! Szla do kuchni gdzie byłam i w progu, jak mnie zobaczyła, krzyczy "mama"! Moje kochane. Serce mi urosło, bo miłość je rozpycha :)
PS. Wcześniej mówiła na mnie "baba" ;P

wtorek, 23 lipca 2013

Nic się nie dzieje przypadkowo

Nie uwierzycie, co się wydarzyło wczoraj. Od rana zaczęłam mniej wyraźnie widzieć na moje lepsze oko. Nie wyspałam się, było gorąco… Trochę się zmartwiłam. Dalej nie jest wyraźnie i trochę boli. A wczoraj mój tata dostał od swoich klientów (tata jest lekarzem weterynarii) suplement diety dla mnie. I to właśnie na oczy! Tata mi przywiózł, wzięłam już pierwsze tabletki. Musi pomóc, bo nie wierzę w przypadek. I nawet chłodno się dziś zrobiło (co dla SM-owca jest luksusem w połowie lata;). W ogóle tata jest wspaniały, opowiada czasem klientom moją historię. I przelewają mi 1% i też czasem pomagają finansowo. Jestem za to strasznie wdzięczna. Nie piszę tu z imienia i nazwiska, ale dziękuję WAM kochani (podobno czytacie tego bloga :). Że obcej dziewczynie pomagacie, córce swojego lekarza. A nawet nie swojego, tylko swojego pupila ;) Zawsze jestem wzruszona, jak widzę, jak ludzie potrafią być bezinteresowni.

A, zapomniałabym :) Asia nauczyła się wstawać bez użycia sprzętów domowych do podparcia się. Opiera się rączkami o podłogę i wstaje. Jak macie dzieciaki, to wiecie że to sukces, którym TRZEBA się pochwalić :)

Asia szaleje na huśtawce w ogrodzie

Asia się wyluzowała :]


czwartek, 18 lipca 2013

Jeśli zmiany, to tylko na lepsze!

Dawno nie pisałam, czyż nie… Dużo się u nas dzieje, oj dużo. Asia zaczęła chodzić, Jacek gada jak stary. A ja muszę się pochwalić, że wczoraj byłam na spacerze nad Motławą bez kul (!). Możecie być ze mnie dumni :) Marta powiedziała, że chodzę prawie, jak zdrowa osoba. A to wszystko dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Jest Gilenya – jest zdrowie. Nawet stresy, których też nie brakuje, nie powodują u mnie postępu choroby. Jestem bardzo, bardzo wdzięczna, że mnie wspieracie finansowo oraz że cały czas jesteście ze mną duchem. Czytam Wasze maile i komentarze i od razu mi się robi miło na duszy. Że nie jestem sama, że ktoś, nawet z daleka, mi kibicuje. I cieszy się moim szczęściem. To dla mnie takie niesamowite. Tu po prostu chodzi o zwyczajne bycie dobrym, bo cieszenie się cudzym szczęściem, to wcale nie taka łatwa rzecz. Tym bardziej doceniam i tym bardziej mnie budujecie. Za to wszystko z całego serducha Wam wszystkim dziękuję. I udanych wakacji (jeśli jeszcze urlop przed Wami :)

Dobry dziadek, loda mi kupił. I to w kultowym Misiu!

A byli z nami ciocia Marta i Piotruś. I oczywiście mama - fotograf!

trochę uśmiechu na huśtawce nad Motławą

Mmm, smaczna ta ziemia. Ale porzeczki prosto z krzaka lepsze!


Sąsiedzi mają pieska, a ja się nie mogę z nim pobawić :(

Wszystkie układanki Jacusia. Puzzli szukaliśmy w całym domu :]

Nasz budowniczy z taczką pełną wody i piaskiem z piaskownicy

Jacuś zajęty, to zakoszę mu motor :D


czwartek, 11 lipca 2013

Grillujemy

W ramach wykańczania zapasów z zamrażarki (trzeba ją kiedyś w końcu rozmrażać) zrobiliśmy sobie grilla. Karolinka rozpalała pierwszy raz w życiu:) A Jacuś kolejny raz dmuchał. Aha, moi drodzy, uprzejmie proszę zwrócić uwagę na dziecko, które zajada mandarynkę. Jak ta Asia już pięknie stoi! I robi nawet piękne kroczki! Troszkę w policzkach jej też przybyło (i jej mamie). A to znaczy że dziewczynki naszej rodzinki są zdrowe i szczęśliwe :)

A dziś są plany mniej miłe, ale konieczne. To Was nie będę zanudzać. Powiem tylko, że miałam dziś cudowny sen. Płynęłam pod wodą w ciepłym morzu, oglądałam piękne żyjątka (oczywiście było zupełnie jasno) i co najważniejsze – mogłam oddychać pod wodą! To by było coś, co nie? Nie ma to jak dobry sen. Znak, że podświadomość jest wolna. Nieobciążona. I że się chce żyć. 


Ja tu rządzę!

Ach ta ciocia, tylko dmucha i dmucha. A kto się ze mną pobawi? O, ktoś mi robi zdjęcie, uśmiechamy się!

Samodzielna Perełka :*

Zawodowy dmuchacz

Jacuś oczywiście dorwał kiełbasę z grilla zanim się podgrzała. I to nie kiełbasę tylko dwie ;)

wtorek, 9 lipca 2013

Codzienność

Dobry dzień wczoraj był. Mimo upałów. Rano była radość 2 golasków w basenie. Mój masaż (oj, dobrze mi zrobił :). A potem zabawy z mamusią. I znowu radość. Cieszę się, że one tak mało potrzebują do szczęścia. Takie niewinne. I wdzięczne. Kochane szkrabki. A ja już się lepiej czuję. Tak w ogóle, to nie mam na co narzekać. Na duszy lekko. W domu wesoło. Stresów brak. Zdrowie jest. I spokój na sercu. A jak Wam mijają wakacje? Mam nadzieję, że wypoczywacie i zbieracie energię. Pozdrawiam gorąco, moi kochani!

niedziela, 7 lipca 2013

Jezus na stadionie

Cześć kochani. Pewnie wiecie o wczorajszych rekolekcjach. Ojciec Bashobora prowadził na stadionie narodowym w Warszawie wydarzenie o dość popularnie brzmiącej nazwie „Jezus na stadionie”. Nie było mi dane do Warszawy pojechać, z różnych względów, czego mocno żałuję. Jednak wczoraj, przez większą część dnia, uczestniczyłam w rekolekcjach warszawskich online (na stronie telewizji chrześcijańskiej była relacja). Wcześniej słyszałam dużo o ojcu B. Że jest charyzmatykiem, że dokonuje cudów uzdrowienia, ba – nawet wskrzesza umarłych. Powiem szczerze, podchodziłam do tych rewelacji mocno sceptycznie. Jednak moja ciekawość przywiodła mnie wczoraj przed monitor. I przeżyłam coś niesamowitego. Dzień minął – nawet nie wiem kiedy. Atmosfera wiary i radości. Ludzie śpiewali, tańczyli (60 tysięcy ludzi - pełny stadion!). Wyciągali ręce ku niebu, cieszyli się. Ojciec Bashobora mówił bezpośrednio do każdego z nas. I wyciągając rękę w górę autentycznie poczułam, jak dotyka mnie Duch Święty. Jak uzdrawia moje życie. Czułam wręcz fizyczną ulgę w klatce piersiowej, jak nawarstwiające się ostatnio problemy, odsuwają się ode mnie. Zawsze zazdrościłam głęboko wierzącym ludziom. Że nie są sami. Nigdy nie są sami. Poczułam wczoraj, że Bóg mnie kocha taką, jaka jestem. Że przyjmuje mnie ze wszystkimi moimi słabościami. I pragnie je uzdrowić. Czeka tylko, aż ja go przyjmę. Aż zechcę go wysłuchać. Otworzyłam swoje serce (na pewno nie moimi własnymi siłami) i Jezus mnie uzdrowił. Brzmi fanatycznie, sama bym się z tego śmiała jeszcze parę dni temu. Czuję się mocniejsza. Nie tylko duchowo – również fizycznie. I niech się dzieje, co chce – ja sobie z tym poradzę. Jezus nigdy mnie nie zostawi samej. Jestem szalenie wdzięczna, że udało mi się (w taki sposób, jak to było możliwe) uczestniczyć w rekolekcjach. Byłam świadkiem, że dla Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych. Po prostu.