czwartek, 26 września 2013

Święto

Wczoraj była u nas ciocia Ania i zrobiła maluchom super niespodziankę. Zabrała nas do Loopy’s World. Dzieciaki były pierwszy raz i od razu czuły się, jak u siebie. Z Asiuni byłam szczególnie dumna, bo nie bała się niczego i z wielkim uśmiechem na buźce zwiedzała zakątki krainy zabaw. Lgnęła do innych dzieci. A Jacucha zjechał z kolegą za rączkę z olbrzymiej zjeżdżalni. Oba Małe na godzinę zapomniały o świecie. Włącznie z jedzeniem, piciem i sikaniem ;) A ja tak sobie rozmyślałam, jak dobrze mi jest, że chodzę sobie z Małymi gdzie chcę, robię, co chcę i  nikt widząc mnie, nawet nie pomyśli, że jestem chora na SM….  Dzięki Bogu. I Gilenyi. I Wam :)









środa, 25 września 2013

Gdy zimno i pada

A dziś (dla odmiany, hehe) będę się chwalić moim synkiem. Jacuś, z małą pomocą mamy, odkrył w sobie artystę. Stworzył (rączkami i pędzelkami) piękne, ciut abstrakcyjne, dzieło. Wisi teraz dumnie na ścianie i dumna mama zmusza każdego gościa do, choć kilku, zachwytów nad talentem potomka. Asiunia pomagała w tworzeniu pracy. To znaczy pakowała farbki do buzi, malowała zabawki… Sprzątania trochę było, ale radość Jacuśka i Małej – nie do przecenienia. Tak się wkręcili, że następnego dnia też robiliśmy plakat. Tym razem kredki-klej-bibuła. Na razie niedokończony. A ja się cieszę, że wolą zabawy plastyczne od bajek. Przeczytałam gdzieś wyznanie mamy dorosłego dziecka. Co by zmieniła, jeśli jeszcze raz by je wychowywała. Oprócz zapewnień o mniejszej ilości krzyków, pouczania i mądrzenia się, było, że pozwoliłaby dziecku i więcej się brudzić, żeby lepiej poznawało świat. Jako młoda mama korzystam z doświadczeń koleżanek po fachu. Zanim będzie za późno! ;)

Moje geny! ;)

Kolorowy pyszczek - i ja pomagałam!

Zielona żaba

Perełka

niedziela, 22 września 2013

Radzenie sobie z chorobą

Towarzyszka w chorobie, Aga, była kolejną osobą, która spytała mnie, jakie biorę suplementy i  co polecam. Więc postanowiłam poświęcić temu ten wpis.
Otóż biorę sporo rzeczy, z czego mam szczególne przekonanie o bardzo pozytywnym działaniu kilku z nich. Są to:
- rhodiola – walczy ze zmęczeniem, daje energię,
- astaxanthin – jeden z silniejszych przeciwutleniaczy, pomaga szczególnie na oczy,
- andrographis – immunomodulujący, naturalny suplement. Badania wykazały że pomaga przy SM,
- resveralrol – przeciwdziała ogniskom zapalnym,
- cholina + inozytol (warto poczytać o tym),
- GLUTATION - także odsyłam do światowej kopalni wiedzy
- lisinoratio – jest to lek na receptę, obniżający ciśnienie. Z badań wynika, że potrafi zdziałać cuda w leczeniu SM.
- witaminka B complex, oczywista oczywistość.
 - i dużo innych, nie będę zanudzać ;)

Testowałam także wiele kuracji naturalnych, diet, ziół, cudów-nie cudów. Nie wszystko było dla mnie. Z wielu powodów. Sporo ocen i niemiłych komentarzy mnie spotkało w związku z zarzuceniem różnych naturalnych metod. Dużo mądrych osób, wiedzących lepiej ode mnie, robiło ze mnie głuptaska, który nic nie rozumie i niedługo tego pożałuje. Cóż, ja słucham swojej intuicji. I całkiem nieźle na tym wychodzę. Sama nigdy nie potępiałam nikogo za stosowanie, bądź niestosowanie, którejś z terapii. Cieszę się, że na kogoś działa i tyle. Warto, naprawdę warto, wypracować swoje metody radzenia sobie z chorobą. Przyznam się że ja mam nawet swój kodeks :)

SM-owy kodeks Agaty:
1. Nie przegrzewać się - bez gorących kąpieli, sauny, suszarki do włosów, pocenia się; w lecie klimatyzacja).
2. Unikać infekcji – nie tylko suplementy wzmacniające odporność. Również unikanie zatłoczonych miejsc i chorych ludzi.
3. Nic na siłę. Słuchać swojego ciała, nie przemęczać się.
4. Nie stresować się. Tak, łatwo powiedzieć, ale ćwiczenia cierpliwości i spojrzenia z boku potrafią zdziałać cuda.
5. Wdzięczność – doceniać wszystkie małe rzeczy, bo, jak ktoś mądry powiedział, kiedyś może się okazać, że były to rzeczy wielkie.
6. Nie spieszyć się – cały czas nad tym pracuję. Działać troszkę poniżej swojego naturalnego tempa (które mam spore ;)
7. Wybaczać – oczywiście łatwe nie jest, ale zyskuję naprawdę dużą wolność wewnętrzną, zmieniając złość na kogoś, na współczucie.
8. Olej lniany. Tak kochani :] Jak nie możecie przełknąć (ja mam odruch wymiotny) spróbujcie z sokiem pomidorowym.
9. Wysypiać się. Przy dzieciach bywa różnie, ale warto wiedzieć, jak ważna jest to kwestia w naszej chorobie.
10. Akceptacja choroby. Także w momencie pojawienia się nowych objawów. Żadnych wyobrażeń o końcu świata, poczekać, jak rozwinie się sytuacja.
11. Wiara, że wszystko się dobrze ułoży. Że Ktoś nade mną czuwa.
12. Żyć  codziennością. Najbardziej (nie tylko, ale najbardziej) liczy się tu i teraz. Bo nigdy nie wiem w jakim stanie będę jutro, za miesiąc, za rok.
13. Słuchać intuicji.

Dobra rzecz taki kodeks. Przywołuje mnie do porządku i sprawia, że się pewniej czuję z moją chorobą.
Polecam gorąco wszystkim SM-owym przyjaciołom stworzenie własnego kodeksu. Na pewno nie zaszkodzi, a, kto wie, może pomoże. Może da Wam schemat, trochę poczucia bezpieczeństwa. I motywację żeby o siebie dbać. 

Pozdrawiam gorąco kochani. Dbajcie o siebie. I pytanie o Wasze życie do każdego: Kto tu rządzi?

niedziela, 15 września 2013

Błogosławieństwa macierzyństwa

Witajcie. Byliśmy dziś w kościółku. Jacuś jeszcze trochę się wstydzi księdza, ale stopniowo podchodzi coraz bliżej w czasie kazania (msza dla dzieciaków, może nie takich małych jak on, ale niech poznaje:) ). Zaczął się u nas sezon orzechowy. Mamy olbrzymi orzech włoski w ogrodzie i co roku zbieramy tyle, że obdzielamy całą rodzinę i znajomych. Ale najpierw jest wielkie suszenie. Orzechy porozkładane po całym mieszkaniu we wszystkich płaskich pojemnikach jakie mamy. A przed suszeniem – oczywiście zbieranie, największa frajda dla Jacusia. Tak się cieszy, jak znajduje orzecha, jak jego mama w dzieciństwie się cieszyła z każdego znalezionego w lesie grzyba. Asia jeszcze nie jest zainteresowana. Za to zbiera jabłka. Nadgryza, zostawia i szuka kolejnego. Jacuś swoimi grabkami sprząta liście. A mówi się, że jesienią w ogrodzie dzieci nie mają co robić. Fakt, z piaskownicy zrobiło się bagno (mimo, że jest przykrywana), basen zimuje w piwnicy, a na mokrą huśtawkę raczej nikogo nie ciągnie. Ale pomysłowość Jacuchy i Asi nie zna granic. Na przykład uwielbiają zbierać ślimaki. Jacuś nadaje im imiona i łaskawie wypuszcza na trawkę. Nie bez powodu w piosence fasolek jest „czy można pokochać ślimaka?”. Jacucha strasznie się też cieszy, że w końcu ma małego partnera do zabawy w chowanego. Asia się wciągnęła. I tylko chichot zza krzaków słyszę. Tak niedużo im trzeba. Super jest być mamą. Wszystko, co robię, jest witane z wdzięcznością. Każda propozycja zabawy – z entuzjazmem. Każda próba – z hurra-optymizmem. I wbrew moim obawom odnalazłam w sobie olbrzymie pokłady cierpliwości. Jacuś zaczął fazę pytań. „A co to jest?” „A do czego to jest?” I tym podobne. A mi się gęba śmieje, bo się cieszę, jaki on mądry. Może zniecierpliwienie dopiero przyjdzie. Ale póki co, na pewno jest ze mnie zadowolony. I sama jestem z siebie dumna. Im więcej one potrzebują miłości i czułości, tym więcej jej w sobie odkrywam. Jak już myślę, że no już przecież nie można kochać tych dzieci bardziej – zaraz przekonuję się, że byłam w błędzie. Tak mi dobrze, jak sobie czytamy bajeczki – jedno na jednym kolanku, drugie na drugim. Jak przychodzą się przytulić, tak po prostu. Dać buziaka na przeprosiny. Jacuś ostatnio wpadł mi w ramiona i spytał „czy jestem smutna?” (zaraz po tym, jak coś zbroił). Wrażliwe, wdzięczne, mądre, kochane. Szczęściara ze mnie, nie ma co :)





PS. Wiecie, że teraz w Kościele obchodzimy Tydzień Wychowania? Pozdrowienia dla wszystkich rodziców :) Niech Pan Bóg nam pomoże wychować dzieci na mądrych i szczęśliwych ludzi.

środa, 11 września 2013

Witajcie pierwszego dnia jesieni

Mój telefon dziś poszedł do serwisu, a tak chciałam się pochwalić wczorajszymi zdjęciami… Byliśmy w kościółku, potem na placu zabaw. I choć bilans strat były spory – lizak upuszczony na piasek, zagubiona czapeczka i butki w psiej kupie – to bilans radości był dużo większy. Szaleństwa na karuzeli, zjeżdżalniach, żarty Jacuchy, że boi się małej dziewczynki (żarty, które rozumiał tylko on, Asia i ja). Bo ostatnio dużo się bawi w udawanie. W sklep, w pożar, w chodzenie do pracy, chodzenie do szkoły, w deszcz (i znikanie sufitu). I te jego teksty.. pewnie fajne tylko dla matki, a dla innych nudne. Ale tak czy siak zacznę je chyba zapisywać. Bo czasem jest wesoło. Jacek dziś rozlał picie, zawołał mnie, pokazał i poważnie powiedział „i co ty najlepszego zrobiłeś!”. Wczoraj jeszcze myślałam sobie, że dobrą mamy pogodę, jak na wrzesień. Codzienne spacerki, zabawy w ogrodzie. Dziś, cóż, wrzesień pokazał pazury. Ale nie nudziliśmy się rano w domku. Odgrzebaliśmy zapomniane układanki, gotowaliśmy (wspólnie!) obiadek. To znaczy dzieci moje jakoś od gotowania preferują sprzątanie. Ja sobie gotuję, a oni gąbeczkami polerują meble, zmywarkę… I każą mi płukać szmatkę i dodawać płynu do naczyń :) Piękny czas, kiedy jeszcze lubią takie rzeczy. Teraz zasnęły oba padnięte (nawet Jacuś, który już w dzień rzadko sypia). Tak nam szybko mijają dni. To cieszy, zdecydowanie cieszy. Dobre dzieci. Wujek Sławek był u nas w tym tygodniu z ciocią Marilyn. Przywieźli wspaniałe ręcznie malowane ubranka dla dzieci. Biżuterię dla mamy. I zachwycali się, jakie to grzeczne dzieci są. I jakie szczęśliwe. No cały czas się cieszą. Zupełnie nie rozumieli o co im chodzi. Ja już jestem do nich przyzwyczajona, ale bardzo cieszy, że ktoś zauważy, jakie to są dwa małe radośniaki z moich Małych :] Codziennie dziękuję Bogu, że takie szczęście mam. I ze stanem zdrowia (Gilenya!) i z nimi. Taki sobie mamy tutaj nasz mały prywatny raj.
Pozdrawiamy gorąco wszystkich którzy tu zaglądają :)

środa, 4 września 2013

Dzień dobry

Robicie czasem rzeczy dla świętego spokoju? Moja mama uważa, że – jako iż stres szkodzi mojemu zdrowiu przy stwardnieniu rozsianym – powinnam przysłowiowe „g…” dla świętego spokoju zjeść. I nie przejmować się. Jakoś jednak nie mam takiego daru. Robienia czegoś wbrew sobie i udawania, że wszystko jest ok. Żeby tylko ze wszystkimi żyć zgodnie, miło i spokojnie. Nie dyskutować, najlepiej to w ogóle nie różnić się. Czasem bym chciała. Spojrzeć obok, nie przejąć się, udawać że coś jest fajne albo prawdziwe. Ale wiem, że jak tak zrobię, potem będzie mnie to zjadało od środka. Dlatego jestem szczera. Niektórzy mnie za to cenią, niektórzy mnie za to nie lubią. Cóż, ja właśnie gówna dla świętego spokoju omijam. Nawet jak mnie to kosztuje czasem kilka kroków więcej.

Parę dni temu świętowałam urodziny. Kolejna 19-stka. Czas mknie. Wiecie jaki był mój najlepszy prezent? Taki, że aż się popłakałam ze wzruszenia? Siedziałam sobie na podłodze z Asiunią. Ona przodem do mnie, wtulona w moje piersi. Pełen relaks. I nagle Asia – sama z siebie – po raz pierwszy – wstała, dała mi buziaka i usiadła. Przyłożyła swoje maleńkie usteczka do moich, bo buziaków jeszcze dawać za bardzo nie umie. Byłam w raju :) Potem Jacuś zaśpiewał mi sto lat. Dobry dzień :) Aha, i dostałam jeszcze wielką siatkę cebulek z kwiatami od różnych osób. Bo już dawno się nie chwaliłam, ale ogrodniczenie idzie mi całkiem fajnie i zawsze z wielką przyjemnością i czasem mijającym z prędkością dźwięku. Teraz już się sobie planuję gdzie będą tulipanki :) Podobno sadzi się je 8cm pod ziemią, wiecie coś o tym?

Jeszcze jeden news – we wrześniu (poza przerwą techniczną) godzina w aquaparku kosztuje 6zł. Kolejna 9zł. Także zachęcam. A jak ktoś by chciał podrzucić mnie z dzieciakami i pojechać wspólne, to zachęcam jeszcze mocniej ;]

Pisałam na początku o stresach. Kolejna okazja, żeby pochwalić się Wam, że teraz to właściwie NIC nie szkodzi i czuję się wyśmienicie. Jestem szalenie wdzięczna, że jest ta Gilenya. Dziękuję po jeszcze jeden raz ;)