poniedziałek, 24 czerwca 2013

Urodzinki i plaża na burzowo

Wczoraj były urodzinki mojego najmłodszego aniołka. Imprezy nie było, gości (prawie) nie było. Ale była radocha, śpiewanie, balony, torcik, prezenty (Asia potem wykończona padła już po 8!)… I wycieczka na plażę. Długo nam nie było dane posiedzieć, bo sami zobaczcie po zdjęciach jaka była pogoda. Chwilę po ich zrobieniu mykaliśmy do auta bo zaczynało kropić ;) Dzieciaki się cieszyły. Jacuś troszkę bał się fal. Zdziwiło mnie to, bo on zawsze pierwszy do wody. W jeziorze w ogóle się nie bał. A tu uciekał jak szła fala. Słodziak. Minął roczek od kiedy Jacuś miał siostrzyczkę. Dużo się działo, każdego dnia Mała uczyła się czegoś nowego, czymś nowym mnie rozśmieszała.. W moim życiu to tylko rok, ale już nic nie jest takie samo, jak było wcześniej. Chyba troszkę dojrzałam. Codziennie uczę się też cierpliwości, którą oba Małe namiętnie testują. Córeczko, jeśli kiedyś to przeczytasz – jesteś moim szczęściem, moją motywacją do życia i powodem dla którego staram się walczyć o moje zdrowie. I tego dnia życzę Ci, żebyś przez całe życie była taka szczęśliwa i radosna jak jesteś teraz. Kocham. Mama.









PS. Pewnie się zastanawiacie, czemu nie prowadzę już "dzieciowego" bloga. Jedno mamy życie i wszystko się łączy. Poza tym pisać blog tylko o chorobie, jak tyle się dobrego dzieje w moim życiu? Wszystko będzie tutaj. Moje i dzieciaków wzloty i upadki. Pewnie wzloty dzieciaków i upadki mamy, ale nigdy nic nie wiadomo. Może wynajdą lek na SM? Może za kilka lat, na tym blogu, będą same pozytywne rzeczy? A za kilkanaście wogóle zapomnę, że byłam kiedyś na coś takiego chora? Jeśli modlisz się czasami, wspomnij proszę w tej intencji. Wierzę, że modlitwa ma moc. Proszę Cię o to także ponieważ... jak się przyjrzysz to na jednym zdjęciu w tle widać mój wózek. Mam trochę gorszy czas. Te upały dają w kość przy stwardnieniu rozsianym. A lato dopiero się zaczyna. I mam nadzieję, że nie zmarnuje całego sukcesu, który dokonuje się dzięki Gilenyi.


sobota, 22 czerwca 2013

Upałów ciąg dalszy

Duży basen nadmuchany. Ciocia Karolinka okazała się bohaterką i nadmuchała basenisko w czwartek, jak na termometrze w cieniu było 34 stopnie. I jeszcze nalewała do niego wody wiadrami. Zdjęć z piątkowego pluskania się nie mam, bo przez ten upał nie wyściubiałyśmy nosa z basenu (i spod parasola nad basenem;). 5 osób w środku i pełen luz. Może dlatego, że trzy malutkie. Jacuś przeszczęśliwy. Asia trochę mniej, bo za gorąco było dla takiej dzidźki. Ale nauczyła się chlapać nóżkami siedząc na kolanach u mamy. Długo nie siedzieliśmy, ale co Jacucha poszalała to jego. Podlał mamie kwiatki, wchodził do wiadra z wodą wyższego niż on sam, i oczywiście namiętnie sikał do basenu. W tym celu ściągał majteczki i wstawał. A co, czemu miałby się tajniaczyć ;) A Pawełek (syn cioci Karolinki) dolewał nam wody do basenu, a mnie oblewał wiaderkiem. Za dobrze mi było. A jutro urodziny Asieńki. Imprezy nie będzie, bo ciężko nam w tym miesiącu, ale za to korzystając z ochłodzenia i słoneczka wybierzemy się na plażę. Dzieciarnia będzie szczęśliwa. Jacuś już pewnie zapomniał, co to znaczy pluskać się w morzu (bo rok przerwy to przecież połowa jego życia!), nie mówiąc o Asi.

A ja mimo upałów nie czuję się źle. Wiadomo, jak to przy SM – trochę słabiej mi jest i ze wzrokiem i z równowagą – ale na rzut się dzięki Bogu nie zanosi. Chociaż przyznam, że z niecierpliwością czekam na burzę ;) Pozdrawiam Was kochani gorąco i życzę słonecznego weekendu (przynajmniej w serduchu).

Czwartkowe fotki. Tylko mamie nie ma komu robić zdjęć, chlip..
 
Nie założę gaci, nie ma mowy!
A mi wystarczy mały basenik muszelka

Z wodą czy bez, ja już broję


Asia wie czego potrzebujemy. Szkoda tylko że wąż się okazał dziurawy...

Niech ciotka dmucha, a ja się schłodzę.

Poważne nalewanie wody wiadrem poważnego kalibru

eee, za zimna ta woda z kranu, jutro będzie lepiej!

środa, 19 czerwca 2013

O muszelce i zastosowaniach wszelakich

Nasza zielona muszelka (piaskownica) została nabyta wiosną. 2 części – jedna do wkopania do ziemi i wsypania piasku, jedna do przykrycia. Jedna z tych części była pęknięta. Sprzedawca zatem wysłał kolejną. I tak mamy 3 zielone muszelki. Jedna z piaskiem, druga do przykrycia a trzecia leżała kilka tygodni zapomniana pod tarasem. I dziś będzie o tej trzeciej. Wymyśliłam wczoraj, że taki ciepły dzień, to nalejemy do muszelki wody. Woda z węża, akurat mocno nagrzana w sam raz dla Jacuchy i Asiuni. Asia była taka szybka, że wlazła w butach. Jacek też, myk – już wszedł w spodniach. Paradoks, bo potem chcieli się kąpać zupełnie, jak ich Pan Bóg stworzył ;) Radości było, co nie miara. Asia się śmiała, Jacuś się bawił. A to dopiero początek. Niedługo nadmucham im duuuży basen (który wczoraj kupiliśmy z Jacusiem, właściwie to prababcia kupiła). I mają statek z urodzin Jacka, dmuchaną kamizelkę, piłeczkę i najważniejsze – wiaderka do przelewania wody tam i z powrotem (sama to uwielbiałam, jak byłam małym knypkiem ;). Będzie wesołe lato. I mama skorzysta i Karolinka i mały Pawełek z jeszcze mniejszym Piotrusiem… Tylko jeden mały problem – Jacuś ściąga sobie majteczki i nad wyraz lubi sikać do wody (do kąpieli wieczornej także). Ale damy radę. Niektórzy się tym leczą ;)

PS. Byłam wczoraj u lekarza. Ale nie będę zanudzać. Głównie chodziło o nieustające starania o włączenie mnie do programu refundacyjnego. Parę fotek wczorajszych :)
 

Pierwsze pluski, jeszcze zdziwienie

Hę? Ale o co chodzi?

Oj, chyba mi się podoba :]

Udało się zrobić jedno cenzuralne zdjęcie, hehe ;)

Maciejka już zakwitła. Wieczorami pachnie obłędnie.

Ale dostałem super motorek od mamy Karolinki i małego Karolka!

Asia też dostała jeździdło :)

niedziela, 16 czerwca 2013

Urodzinki Karolinki

Zgadnijcie gdzie wczoraj zawitałam z dziećmi i tatą. Do domu rodzinnego naszej kochanej Karolinki, której rodzice nas zaprosili na urodzinowego grilla. Na Kaszubach, niedaleko „domku do góry nogami”. Wspaniałe miejsce na świecie. I ludzie wspaniali. Dookoła pola, łąki, lasy. I zwierzęta. Jacuś były zachwycony. Od razu poczuł się tam jak u siebie. Przyjechaliśmy i on zniknął z innymi dziećmi. Zwiedzał, dziwił się i nawet nie wiem, co robił, bo zostawiłam go, żeby poznawał świat :)

A po drodze miałam pierwszą tegoroczną kąpiel w jeziorze. Muszę się Wam przyznać, że dawno się nie kąpałam i nie próbowałam pływać. I okazało się, że była ratownicza WOPR, zawodniczka nie może przepłynąć metra. Nogi mi toną. Smutno mi było, niefajnie jest odkrywać coraz to nowe ograniczenia. Nie żeby pływanie było zaraz sensem życia. Ale i tak smutno. I potem mi się dużo gorzej chodziło (pewnie przez to że walczyłam z tą wodą z całej siły). Asia przeziębiona, więc patrzyła na jeziorko z ramion dziadka. A Jacuś moczył nóżki. I dupkę :) Ale dalej nie wchodził, chyba czuł dystans. No i mama by nie puściła ;) Jak na pierwszy raz – super kąpiel Małego.

Kilka fotek, które udało mi się cyknąć.




Woda zadziwiająco ciepła. Co najmniej 20 stopni. Jak na połowę czerwca duża niespodzianka.


Pawełek z Jacuchą i kotem Pieszczoszkiem

Otwórzcie bramę! Ciągnik!

Rowerek starszego Karolka. Już niedługo sam będę umiał takim jeździć!

Oszołomiony wrażeniami

Najlepsza kiełbasa na surowo, a co.

Ekipa. Mały Karolek się schował za mamą.

moje kochane :*

piątek, 14 czerwca 2013

Małe i Mniejsze

Kochane maluchy. Tak robię zdjęcia. Ale kabelek od telefonu mi przepadł. Niestety tu, na komputerze, nie mam nic nowego. A co nowego? Asi TAK ładnie zaczęły rosnąć włoski. Już się prawie loczki z nich robią. Nie dość że mała kopia Jacusia to z fryzury będą tacy sami ;) A jutro jadę z Małymi na grilla. Będzie wesoło. One tak lubią jak coś się dzieje. I jak poznają nowe osoby (nawet Asia już się tak nie boi) i nowe miejsca. Trudno potem je zabrać do domu. Normalnie dałyby się sprzedać.

Super bajkę dziś wymyśliłam Jacusiowi. Okazuje się że od czytania wierszyków dojrzał już do prawdziwych „baji”. I gada ładne zdania. I bawi się w udawanie. Rośnie synek, oj rośnie. Ale dalej cieszy się z głupot. Dalej przytula mamę. Dalej rozdaje przesłodkie buziaki. I  gryzie siostrzyczkę. A siostrzyczka już próbuje robić profesjonalne kroki. Z dystansem na razie, żeby delikatnie upaść na siedzenie, ale próbuje. Moja zuch dziewczynka.
Pozdrawiamy wszystkich letnio i wobec zbliżających się upałów życzymy dużo chłodnej wody w każdej postaci, cienia nad głową i dużo, dużo uśmiechu.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nowa energia na nowy tydzień

Dobry dzień dziś był. Dzieci przytulaste i prawie spokojne, ja się mimo pogody (uff) czuję nienajgorzej. A nawet powiedziałabym że dobrze. Jutro parę ważnych spotkań i załatwiania rzeczy, także możecie trzymać kciuki (między innymi wizyta u neurologa, zawsze emocje…). No i ciocia Agatka przyjdzie, dzieci już na nią czekają, bo się wygadałam. A teraz Małe śpią, a ja kontempluję chwilę spokoju zanim padnę i zasnę. Przy zapachu piwonii i powiewie świeżego powietrza zza okna. I z coraz większą pewnością, że będzie dobrze.

Dialog z Jacusiem, opowiadałam już niektórym, ale tak ku pamięci ;) :
mama: Jacuś, a co to jest?
Jacek: samolot!
mama: a co robi samolot?
Jacek: leci!
mama: a kto jest w samolocie?
Jacek: pilot!
mama: a co ma pilot na nosie?
Jacek: gluta!

sobota, 8 czerwca 2013

Piękny dzień co. W domku zapach świeżo ściętych piwonii. Nazbierałam miseczkę czereśni (oczywiście z ziemi, bo chodzić bo chodzenia po drzewie nie zaryzykowałam;). Słodkie, prawie czarne. Moje ulubione owoce. Jest ciepło, ale nie gorąco. Lubię czerwiec. Troszkę pracy mam dziś, ale pełna nadziei patrzę w życiu w twarz. Aha, Jacek już praktycznie gada zdaniami, a Asia podejmuje pierwsze słodko-niezgrabne próby chodzenia. Kiedy ten czas minął? :)

piątek, 7 czerwca 2013

Jest jak jest

Witajcie. Dziękuję za mejle pełne wsparcia. Powiem szczerze, trudno mi teraz pomóc, ale Wasze słowa przyniosły mi troszkę ulgi. O samym wydarzeniu opowiadać na razie nie będę, bo po pierwsze nie wiem jak, po drugie (tak podobno jest) trochę mi wstyd. Bo znalazłam się w roli, w której nigdy nie sądziłam, że będę. Jeszcze się nie pozbierałam, ale mam olbrzymią motywację do odbudowania mojego życia. Łamać się nie łamię, jestem silna dla dzieciaków. Radzę sobie, myślę, najlepiej jak potrafię. Dzieci przez ostatnie kilka dni – aniołki, grzeczne i czułe nawet dla siebie nawzajem (!) ;) I myślę sobie, że mam dobre życie. Kochającą rodzinę, wspaniałe i zdrowe dzieci, cudownych przyjaciół. Lek, który mi pomaga (to dzięki Wam). Absolutnie nie mam co narzekać. Trzeba tylko dziękować Bogu, że jest jak jest.