poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Dziękuję!


Gorąco dziękuję WAM wszystkich, dzięki których udało mi się uzbierać fundusze na jesień, żeby nie przerywać kuracji. Z jednej strony wstyd, że musiałam Was prosić o pomoc, z drugiej ogromna wdzięczność, a z trzeciej zachwyt, że tyle bezinteresownej życzliwości i dobra jest na tym świecie. Przekonałam się o tym dopiero jak zachorowałam. Nigdy nie zostałam sama i zawsze mogłam liczyć na pomoc. Pomoc i osób bliskich i nawet całkiem nieznajomych. Dziękuję dzisiaj Wam wszystkim i każdemu z osobna. Z całego serca. Brak mi słów, które wyrażą jak bardzo mi pomogliście i jak bardzo doceniam.

A dobro jest wszędzie. Czekałam kilka dni temu w gdańskim szpitalu na badanie. Opóźnienie było wielkie, bo 6-godzinne. Jako, że pod szpitalem czekał na mnie mąż z dwójką maluchów, pani, która czekała tyle godzin i jeszcze w dodatku przyjechała z daleka – puściła mnie w kolejce. A każde badanie trwało co najmniej pół godziny. Brat tej pani spytał o mój numer KRS, jak usłyszał kawałek mojej historii w tym całym czekaniu. Ci ludzie byli gotowi zupełnie bezinteresownie mi pomóc. Nie jest tak źle z tym światem, jak mówią. Dobro, może nie tak głośne i nachalne jak zło, ale istnieje. Czai wszędzie, nawet w pozornie paskudnych miejscach takich jak kilkugodzinna kolejka w szpitalu.

środa, 15 sierpnia 2012

Witajcie po przerwie! :)

Chciałam dzisiaj wszem i wobec ogłosić radosną nowinę. Przynajmniej dla mnie:) Moja noga zaczyna działać, tak jak ją Pan Bóg stworzył!  Chodzę bez laski. SAMA! Może nie wygląda to najpiękniej, ale daję radę. Ćwiczę, ćwiczę i są efekty. Jestem z siebie dumna:) Od razu i humorek lepszy i dzieciakami się łatwiej zajmować i perspektywy na spędzanie wolnego czasu się poszerzają… Wykraczają już poza cztery ściany, bo dobrze sobie radzę na schodach. I od razu mnie ciągnie na plażę, na rodzinne spacery i nie tylko :)
A już było ciężko i z nogą i z głową. Myślałam nawet, że mieszkanie trzeba będzie zmienić na jakieś z windą i opiekunkę zatrudnić dla maluchów… I bałam się, że moje życie się skończyło. Przynajmniej takie jakie znałam.

W ogóle mój mąż mi zrobił ostatnio wspaniałą niespodziankę. Znalazł numer mojego shihana (przez diagnozą trenowałam karate kyokushin przez kilka lat) i nic mi nie mówiąc umówił się z nim. Kochany shihan dał mu dla mnie dwie koszulki, w tym z tegorocznego obozu w Tucholi (kiedyś sama na nie jeździłam, ech…). Karate stanowi dużą część moich wspomnień z czasów sprawności, dlatego strasznie się wzruszyłam. Kiedy okazało się kilka lat temu, że mam stwardnienie rozsiane prawie mi serce pękło, że muszę przestać trenować. Wspaniała rzecz, to karate. Buduje i siłę fizyczną i siłę psychiczną. Tyle wyniosłam z tego okresu. Powiem nawet, że karate mnie stworzyło w pewien sposób. Na pewno bez treningów, nie byłabym tą osobą, którą jestem dzisiaj.

Jak już się rozpisuję to napiszę troszkę, co tam u moich Maluchów ukochanych. Jacuś rozwija się z dnia na dzień, rozumie większość rzeczy, które się do niego mówi i nawet czasami słucha! Taki jest wesoły, pogodny, umie już pozować do aparatu, jak mu się robi zdjęcie. Szelma mała się szczerzy i potem chce oglądać co wyszło. A Asieńka.. Kochana Maleńka. Coraz mniej już przesypia a czasie dnia i szuka kontaktu z ludźmi. Szuka oczu, w które mogłaby popatrzeć, mądrze obserwuje, co się dookoła niej dzieje i jest bardzo wyrozumiała w stosunku do brata. Znosi dzielnie wykręcanie rączek, mocne „dawanie cześć” i inne Jacusiowe pomysły. Dobrze jest być mamusią.

Pozdrawiam wszystkich gorąco. Dziękuję, że jesteście!