wtorek, 30 kwietnia 2013

Sprawozdanie

Jaki ładny dzień. Mogłabym dziś posadzić drzewo. Ale pech chciał, że na niedzielnym grillu Jacusiowym przeziębiłam się paskudnie. I teraz sobie kaszlę, smarkam i popijam szałwię z miodem (znowu). Wady i zalety najdroższej na świecie immunosupresji.

A urodzinowa impreza Jacuchy… Przednia. Nawet pogoda dopisała. I goście przede wszystkim!! W tym zobaczyłam jedną osobę niewidzianą od lat (dziękuję za niespodziankę, Aniu!). Dopisały też prezenty. Nie sposób wymienić tego wszystkiego. Jacuś dostał tyle zabawek, że bagażnik pełen. Nawet mój wózek musiał zostać tam w garażu (grill był u dziadków), bo nie miał szans się zmieścić. Co jeszcze dopisało? Humory!! Jacuś się bawił ze swoimi kolegami (małą Justyną, małym Piotrusiem i troszkę większym Pawełkiem). Bawili się wybornie. Z ciocią Agatą, z wujkiem Mariuszem… Małe zabierały sobie nawzajem prezenty, walkom nie było końca. A mama ze starszymi gośćmi sobie poplotkowała przy stole. Przy różnych pysznych pysznościach. Grillowych i nie grillowych. Było super. Taka byłam zaaferowana, że niestety nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Trochę smutno, ale cóż, zostają wspomnienia :) Dziękujemy jeszcze raz wszystkim gościom i małym i dużym za wspaniałą imprezę!!

Aha, wiecie co kupiłam wczoraj? Huśtawkę ogrodową. W biedronce :) Historia z tą huśtawką, jest naprawdę wielka. Z Agatką zjeździłyśmy pół Gdańska, żeby dostać huśtawkę w tym kolorze, co chciałam. W trzeciej z kolei biedronce – hurra, jest!! Ale ważyło toto ze sto kilo (i przesadzam tylko odrobinę!). Zaciągnęłyśmy ową huśtawkę do schodów. I ups, co teraz. Na dodatek padał deszcz. Podnieść to we dwie (szczególnie że te dwie to Kulawa i Maleństwo) – problem. Ale pojawił się życzliwy Lechista. Wziął ten mega karton pod pachę i zaniósł do samochodu. I teraz kolejne ups – Agata jeździ Micrą! Ale dobra, będziemy próbowały. Nie wchodzi z żadnej strony. Cóż, zaskoczeniem to nie było. A może położymy tylne oparcie? Ale jak? Próbowałyśmy i próbowałyśmy i nic. Ot, dwie blondynki. Poprosiłam kolejnego pana o pomoc. Na nasze usprawiedliwienie – pan też długo walczył, zanim się udało! Siedzenie leży, Pan poszedł. A toto dalej nie chce wejść. Trzeba było podnieść z jednej strony i włożyć nad położone do przodu oparcie siedzenia pasażera. Dałam radę. Agata popchnęła i JEST! Zajechałyśmy do domu i Agata z siłą słonia wciągnęła huśtawkę na schody werandy. Teraz tylko problem, kto tą huśtawkę zmontuje? Problem, jak na razie, nierozwiązany. Ale byłyśmy z siebie dumne z Agatką. Chyba będę mocno doceniać tą huśtawkę i każdemu gościowi opowiadać jej historię, hehe ;) No i o huśtawce wyszło dłużej niż o własnym synu!

Parę zdjęć z po-imprezki. Tylko tyle niestety… 

Pan Profesor

Ja też chce urodzinki

Cieszę się prezentami z Pawełkiem

2 latka Jacusia - 29.04.2013

Mój ukochany Synku. Już dwa lata z nami jesteś. Nie, dużo dłużej! Matką czułam się już od pierwszego ciążowego testu. I fikałeś w brzuszku, dając mi wielką radość. A potem przywitałam Cię na świecie. Od tamtego czasu zmieniasz się z każdym dniem. Robisz się coraz mądrzejszy, sprytniejszy. Uwielbiam Twoje nowe słowa. Twoje naiwne, dziecinne spojrzenie na świat. Przez to jesteś taki twórczy… Podziwiam Cię za to, patrzysz na wszystko, bez żadnych ram, ze granic. I nie wiedząc, że coś nie może się udać – robisz to. Kocham Cię, jak to mówią, stąd do księżyca i z powrotem. Kocham też to, jak ty mnie kochasz. Kocham Twoją radość. Twoje przywiązanie do Siostry. Twoją dziecięcą niecierpliwość. Twoje emocje, które zawsze są tu i teraz i widoczne na całym Jacusiu. Twoje, zaskakująco dojrzałe poczucie humoru. I jeszcze dojrzalszą empatię. Tworzysz mnie każdego dnia. I moje dni. I moją duszę. Kocham Cię Synku.

piątek, 26 kwietnia 2013

Urodzinki, urodzinki, dla Jacusia i rodzinki

Piaskownica wkopana. Piasek przydźwigany i wsypany (panu Kajetanowi dziękujemy za pomoc!). Prezent Jacusia gotowy. I nawet odebrany. Wczoraj ją testował z kolegą Maksiem. Porządne testy jeszcze przed nami, jak będzie cieplej. Bo nam wiosna coś przerywa. A w niedzielę grill Jacusia. Ma być 5 stopni, haha. A tak się człowiek modlił, żeby nie padało. No i ma nie padać. Mam nadzieję, że goście nie zawiodą i się nie przestraszą. Będą koce! ;) I kominek w środku.

Moje samopoczucie doskonale. Dobry weekend przed nami. A ja uwielbiam planować (tyle co mogę ;). Jutro urodziny innego Jacusiowego kolegi Piotrusia. Jacek jeszcze Piotrusia nie poznał, ale wczoraj ładnie szykował Piotrusiowi kartkę z mamą. Piotruś urodził się dzień wcześniej niż Jacek. W niedzielę nas nawiedzi z rodzinką. Urodzinki będą się odbywały u dziadków Jacka, jako że mama potrzebuje trochę pomocy w przygotowaniach. Przewidujemy wiele atrakcji :) Postaram się zrobić zdjęcia i potem tutaj pokazać. Jeśli oczywiście nie będę się za dobrze bawić i nie zapomnę. Ciekawe, czy Jacek będzie coś z tego pamiętał… Nawet jeśli nie będzie, to na pewno będzie miał dobry dzień i mnóstwo frajdy. I mama zapamięta. Ze zdjęciami, czy bez.

Znowu o dzieciach i o dzieciach. A o czym mam pisać. Chyba nie będę się użalać nad sobą, co ;) PS. Czwarte opakowanie Gilenyi zaczęte. Cenne tabletki, oj cenne. I to nie tylko finansowo, dzięki Bogu.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Znowu bliżej siebie (samej)

Dzień dobry (mam nadzieję, że dla Ciebie też:). 
Wczoraj w Radiu Gdańsk w Fabryce Reportażu był o mnie reportaż autorstwa Magdy Świerczyńskiej. Madzia pokazała, co potrafi, słuchałam z wielką przyjemnością, że taka ładna rzecz wyszła z naszej gadaniny (mojej, dzieci, mojego taty i Agatki N.). Jeśli spaliście wtedy albo nie dotarł news na fejsie możecie posłuchać na stronie Radia Gdańsk. A reportaż powstał, żeby PIT-owi „spóźnialscy” wiedzieli, że mogą mi pomóc, jeśli jeszcze nie zdecydowali, komu pomogą swoim 1% podatku. Dziękuję Ci gorąco Madzia!:*
Właśnie kurier przyniósł prezent na Jacusia rodzinki. Piaskownicę :) Będę dziś kopać dziurę, hihi. A że czuję się lepiej i przede wszystkim SPOKOJNIEJ, to śmiało mogę się za to zabierać. Aha, no i Michał wpada, żeby mi masaż zrobić dziś też. Dobry dzień się szykuje. No i pogoda.. cały dzień można siedzieć w ogrodzie, ku uciesze Jacusia. Który, jak wraca do domu, nie chce zdejmować kurtki i marudzi – „oghodu”, żeby wyjść do ogrodu, a nie wracać. Nie dziwię mu się, po co wracać, jak można nie wracać. I kopać ziemię, biegać, bawić się „schowkiem” pod tarasem sąsiadów, wchodzić na krzesła, przeganiać mamę (a niech biega, nie zaszkodzi jej!:). No i będzie piaskownica. Tylko skąd wziąć piasek? Ale na to pytanie przyjdzie czas, jak wkopię w ziemię Jacusiowi prezent. 
Nie wiem, czy już się chwaliłam moją Asią… Nie boi się trawy, hurra! Jacek bał się całe lato w zeszłym roku, nawet jak już chodził. Asia jest dzielna. Ale ma to też swoje wady. Rok temu wystarczyło rozłożyć koc pod drzewem i Jacuś grzecznie się na nim bawił. Asia z kolei WSZĘDZIE jest w stanie teraz dotrzeć. A że jeszcze jest malutka, to wszystko ląduje w buzi. I trzeba czuwać. A moja mama sugeruje, że przywiązać do drzewa Aśkę, ale jestem bardziej humanitarna ;)
Kilka fotek. Dzieciaków. Mi nie ma kto robić zdjęć, hehe;) 
Aha, no i przede wszystkim - dziękuję kochani za komentarze pełne wsparcia. I mejle. Lżej mi na serduchu, bo wiem, że zawsze mogę na Was liczyć.

Edit: A kto dziś skończył 10 miesięcy? Niech nam żyje!

cześć wszystkim!

Kto tak ładnie i grzecznie się zachowuje w kościółku?

Trawa mi nie straszna! (pierwsze sekundy trawnego debiutu)

Co by tu wziąć do buzi?

Oj mama, co tak na mnie patrzysz, wyluzuj! To tylko ziemia!

Ale ładnie pachnie...

A kto się uwięził pod krzesłem?

Ja tu rządzę!

Moje urodzinki już w niedzielę! Trenuję :)
 

piątek, 19 kwietnia 2013

Metr w dół


Tak chciałam odpuścić sobie pisanie na blogu na jakiś czas, bo mam naprawdę słaby nastrój. Ale postanowiłam się pojawić. Przecież po to tu jestem. Nie tylko po to żeby pisać miłe i radosne posty, ale też pożalić się, jak jest ciężko. A czasem niestety bywa. I teraz jakoś nie mogę tego udźwignąć. Sytuacji w jakiej znalazła się nasza rodzina. I pogorszenia mojego stanu zdrowia i samopoczucia (od zeszłego niedzieli) – ciężko się ruszać i dużo rzeczy dolega naraz. Te dwie rzeczy, razem z chorobą córeczki (biegunki i wymioty, już trzeci dzień), sprawiają, że nie mam motywacji do niczego. A jeśli się coś uda zrobić – przyjemności robienia tego. Nie mam siły. Ciężko mi jest, ale też ciężko wszystkim dookoła (z różnych własnych powodów), więc też jakoś samotnie mi w tych problemach. Smutno i samotnie. Poradzę sobie pewnie. Tylko jakim kosztem, za jaką cenę… A rzeczy blisko mnie mają wyraźnie negatywny kierunek. I bardzo mało zależy ode mnie. Smutno. 

Cały czas jestem niezmiennie wdzięczna za moją kurację. Że jest ta możliwość i wszelkie z nią związane korzyści. Ale tak teraz mi się układa, że się nie układa. I nie wiem co dalej.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Dół. Ale taki na trzy palce.

Jak tam, dobry macie poniedziałek? Podobno bywają dobre.. Ja za to miałam masakryczny weekend. Wymagający i ruchowo i siłowo. I od razu, od soboty wieczorem, byłam wrakiem człowieka. Noga nie chciała działać, pęcherz też, oko w ogóle się zbuntowało. Jednak fakt, że mam opiekunkę (pon-pt) to bezcenna sprawa. Sama po prostu sobie nie radzę, niezależnie od tego jak trudno mi to przyznać. A cóż, taka jest prawda. Jeszcze wczoraj Jacek zrobił sobie wielką śliwę na czole. Potem połknął kamień z ogrodu (mnie tam nie było). Też się wściekłam, wiadomo. To był kawałek tynku. Taki ostry. Wiem, bo drugi miała w ręce… Może nie przejść przez Jacka tak lekko i łatwo.
Teraz też, jak się obudziłam – zero woli do zrobienia czegokolwiek. I smutno. Wczoraj nawet przy Jacku nie potrafiłam powstrzymać płaczu. A on taki empatyczny… położył się ze mną na łóżku, dał mi swojego misia, głaskał po głowie, dawał buziaki… Dobre dziecko. Chociaż chwilę wcześniej ugryzł Asię do krwi, bo mu samochód zabierała.
Także poniedziałek jest zupełnie słaby. I fizycznie i duchowo. I jeszcze każda rzecz której się dotykam, nie działa, nie chce współpracował, albo ja sobie z nią nie radzę. Dzień jak nie co dzień. No to pomarudziłam. Ale jakoś nie jest lepiej…

sobota, 13 kwietnia 2013

Wiosenny duch

Zgadnijcie, co mnie dziś obudziło. Śpiewanie Jacka! Takiej wspaniałej pobudki już dawno nie miałam. Chyba nawet w życiu. Odsłaniamy roletę, patrzymy przez okno, a tu wiosna. Zapowiada się piękny dzień.
Wczoraj natomiast świętowaliśmy międzynarodowy dzień czekolady. Zajadając marchewki, takie surowe. A zaraz pewnie wybierzemy się do ogródka na poszukiwanie wiosny.

czwartek, 11 kwietnia 2013

O sile. I dzieciach.

Cześć moi mili :) Jak Wam mija dzień? Ja popijam sobie herbatkę z miodem i postanowiłam napisać parę słów.

Niedawno usłyszałam, że dzieci są moją siłą. I tak sobie myślę. Dużo w tym prawdy. Ale chwilę później przyszła refleksja. Jak to? Moją siłą są dzieci? Nie. Dzieci nie są moją siłą. Dzieci są motywacją, żebym w trudnych momentach dokopała się do mojej własnej siły. Żebym szukała jej w sobie do skutku. Bo ktoś inny jej potrzebuje. Prawda – jest to najlepsza i najwdzięczniejsza motywacja. I to do wszystkiego – od wstania z łóżka, do walki z chorobą. Ale tylko motywacją. One są siłą. Swoją siłą. Której potrzebują codziennie, żeby poznawać świat i mierzyć się z jego wyzwaniami (dla takiego małego, to naprawdę dużo rzeczy jest wyzwaniem). Matki przecież nie są po to, by czerpać dziecięcą siłę. Mamy swoją. Schowaną czasem i przykrytą – smutkiem, depresją, trudnymi rzeczami, problemami zdrowotnymi. Ale siłę. Do której możemy sięgnąć. I dzieci wspaniale do tego motywują. Miłość do dzieci. I same dzieci – swoją radością, energią i faktem, jak bardzo nas potrzebują.

Och, żałuję, że nie mam teraz dobrego zdjęcia moich Małych do pochwalenia się światu ;) No, to czas wyjść do ogrodu i się trochę przewietrzyć. Miłego dnia, kochani!

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

No i znowu..

Witajcie! Ale miałam fajny weekend. Mam nadzieję, że Wy też :) Byłam w galerii – dzikie tłumy nawet na dachu nie było miejsc. Śliczną bransoletkę sobie kupiłam, taką tęczową, wiosenną. To był ten weekend rabatów, stąd te tłumy w co drugim sklepie.. Ale mi nie przeszkadzało. Zakupy były na siedząco, a ludzie byli bardzo mili i puszczali mnie :) A wczoraj pojechaliśmy z dzieciakami do dziadków. Jacuś dał popalić. W kościele też – na coraz więcej sobie pozwala. Trzeba czuwać. A i czasem to nie wystarcza, bo Małe potrafi już tak przechytrzyć człowieka… Nie wiem, czy o tym pisałam, ale na pytanie „kto puścił bąka?” zawsze odpowiada „Asia!”. A jak chce wejść na stół z krzesła (a ja na nim siedzę, więc nie może na nie wejść), to łapie mnie za rękę, ściąga mnie z krzesła i udaje że chce mnie gdzieś zaprowadzić. A potem odwraca się i myk – już jest na krześle. I zaraz na stole, jak mama nie zdąży uratować sytuacji. Inteligentna bestia. I bunt dwulatka bez dwóch zdań (cóż, urodzinki za pasem!).

A ja się dziś obudziłam w nocy z bolącym gardłem, zatkanym nosem i kaszlem. Znowu się coś do mnie przyczepiło paskudnego. Ech, ta immunosupresja… Tata właśnie przywiózł filmiki z dzieciakami z tego roku, ze swojego aparatu. Fantastyczna pamiątka. Aż się boję pomyśleć, co zobaczę, jak się dorwę do karty pamięci z jego kamery ;) Idę sobie zrobić kolejną herbatkę z szałwi… Ciężkie jest życie Agaty ;)

piątek, 5 kwietnia 2013

A ja na to, jak na wiosnę!

Masaż rewelacyjny. Czułam się po nim, jak nowonarodzona. Zero spastyki w plecach. Trochę ogólnego rozbicia, jak to po pierwszym masażu, ale nic w porównaniu z ulgą. A Pan Masażysta bardzo miła osoba. I jaki profesjonalista - kopalnia wiedzy o holistycznym podejściu do człowieka i alternatywnej medycynie.

Jacuś nam się zrobił trochę marudny. Jakby sam nie wiedział czego chce. 3 dni mieliśmy przerwy we wspólnych kąpielach (przez jego biegunkę) i może po prostu chce więcej zainteresowania i miłości… Wczoraj znowu kąpał się z mamą (uwielbia zabawy wodne) i zobaczymy, czy dziś też da popalić… Mam nadzieję to że to nie jest słynny bunt dwulatka. I że nie czeka mnie kilkumiesięczna przeprawa z buntującą się Jacuchą. Urodziny ma 28 kwietnia, to już za chwilę…

Wczoraj była u mnie Agatka. Obiecałam, że nic nie powiem, więc powiem tylko, że było miło, miałam wspaniały dzień i Jacuś uwielbia Agatkę :) I dostał kotka! Potem wszędzie chodził z tym kotkiem, wieszał i wiadomo – musiał z nim spać :)

Słyszeliście, że za tydzień wiosna? To dobrze, bo kto by lubił bawić się w ogrodzie, który jest cały pokryty śniegiem… I tak mało rzeczy w nim żyje (a już na pewno tego nie widać). A na 2 latka Jacucha dostanie zjeżdżalnię. Albo piaskownicę. Hihi. 

A dziś... Tabletka Gilenyi połknięta i można zaczynać dzień!

Miłego weekendu kochani! :)







Fotki z piątkowej wizyty Karoliny, Roberta i Pawełka. Pozdrowienia :*

środa, 3 kwietnia 2013

Chwila oddechu

Zdjęcia oddane ostatnio do wywołania już są!! Uwielbiam wywoływać zdjęcia. Od wybierania i wysyłania do fotografa na stronkę, poprzez oglądanie i dzielenie chronologiczne, aż do układania w albumie. I oczywiście pokazywania wszystkim znajomym, którzy do nas przychodzą. Tak jest, wszyscy muszą obowiązkowo przejść przez oglądanie zdjęć moich cudownych dzieciaków, hehe. No żartuję. Przecież to przywilej, a nie obowiązek ;)

Tyle dobrego w lodówce, sama nie wiem od czego zacząć śniadanie… moja ulubiona sałatka warzywna, mazurek, pasztet mamowy, zapiekanka z makaronu (tak Anka, jedna z najlepszych, jakie jadłam!). Od takiego dobrobytu to tylko się człowiek pasie ;) Lubię ten poświąteczny czas.

Aha, no i a propos mojego zdrowia… Postanowiłam zainwestować w siebie i zacząć masaże. Dziś o 12 przyjeżdża do mnie Pan Masażysta. Tak sobie wczoraj pomyślałam, że przecież marzę o masażu już od stycznia, odkąd Karol się mnie wyparł, więc postanowiłam dać trochę zdrowia i ulgi moim spastycznym pleckom i nogom.  Zobaczymy, jak to będzie.

No, to zabieram się za układanie zdjęć. Miłego dnia! :)

wtorek, 2 kwietnia 2013

I po Świętach

Dobre były Święta. Rodzinno-towarzyskie. Wszyscy się zachwycali Małymi i mi serce rosło :) A propos Małych – wczoraj w kościele były chrzty dzieciaków. I jak Jacuś wlazł na schodki pod ołtarzem żeby zobaczyć, co się dzieje przy chrzcielnicy, to nie mogłam go stamtąd ściągnąć (pierwszy raz tam wszedł). Aż mój tata interweniował i zabrał Jacka. Który oczywiście wył na pół kościoła. Ale wstyd. Ale poza tym w kościele zachowuje się bardzo grzecznie -  bawi się z innymi małymi dziećmi w zakrystii, spaceruje, nie dotyka, czego nie wolno, nie gada, nie krzyczy, nie jęczy (w przeciwieństwie do małej Asi). Cud miód :) Ale jak święciliśmy koszyczek, to nie chciał oddać naszych jajek do darów :) Taki jest zabawny. I kochany! Wczoraj zepsuł się nam pistolet na wodę. I dostaliśmy tylko, bez odwdzięczania się. Ale Jacucha się cieszył i tak, nawet podawał psikające sprzęta ludziom, żeby go lali.
Oj gadam dużo o dzieciach, tak fakt. Ale ciężko się tym nie dzielić :) A jak ja spędziłam Święta? Wiadomo z dziećmi. Radośnie. I z niezłym samopoczuciem, nie mam co narzekać. Tylko teraz jestem taka, trochę bez życia. To pewnie ta zima. Psikus natury. I słyszałam, że w tym roku zima się spotka z zimą… Oby nie. Bo kto nie czeka na wiosnę?