poniedziałek, 4 kwietnia 2016

'And none of the lines can’t seem to take away the pain'

Wiecie… miałam wczoraj smutny dzień. Część mnie chciałaby chyba już się poddać. Nie wiem, czy dam radę dotrzymać słowa. Dałam je wiedząc, że potem o tym zapomnę. Wiedziałam. Byłam
świadoma. Ale jakoś… wcale mi to nie pomaga. Buntuję się znowu. Na ten temat po
raz pierwszy. Zawsze było dla mnie takie naturalne, że jestem sama. W świecie,
który mnie nie rozumie. Myślę, że jak na realia tego świata i tak poradziłam
sobie całkiem nieźle. Ale… czy to sukces? Czy to naprawdę jest sukces, tak się
„dostosować”? Ile z siebie straciłam w tym procesie? I po co! Dla jakiego celu.
Dla celu, w którym tu przyszłam, ok. Bo kiedyś sobie pomyślałam, że fajnie
będzie zrobić coś dobrego. Tylko jakim kosztem. I to z przykazaniem, weź, przy
tym wszystkim, się naucz kochać siebie. Tym razem. W końcu. Pewnie zrobię co
trzeba. Pewnie nauczę się, czego mam się nauczyć. Ale tym razem wyciągnę
wnioski. Bo ja już nie chcę więcej, już mi wystarczy.  


Jakie słowo ma najwyższą wibrację? Miłość? Pokój? Myślę że nie. Myślę, że słowo DOM. 

Masz w swoim życiu osoby, które Cię rozumieją? Doceń to! Nie jesteś sam/-a w tej podróży. Czy to nie wspaniale? Może nawet im powiesz… Jakieś ‘dziękuję’. Jakieś ‘doceniam’. Jakieś ‘dobrze że jesteś’. Coś. 

Mierzę pionowo. Nie tylko z braku alternatywy, choć fakt, to bywa bolesne. Przede wszystkim z najgłębszej potrzeby ponownego połączenia z Bogiem. Trafiam na tyle, na ile mogę. Czasem
mam dni takie jak wczoraj i takie jak ten. Ale przejdzie mi, i dalej będę
mierzyć wertykalnie. Czerpać siłę, czerpać miłość. Wiem, że jak tylko przyjdzie
najbliższa afirmacja, zacznę wszystko od nowa. Ale jestem już trochę zmęczona.
Bo o ile będę mądrzejsza? No o ile... 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz