wtorek, 28 stycznia 2014

Szczerzy się mordka, szczerzy się druga, szczerzą się wszystkie trzy!


Ja już w domku. Zjednoczona z Aniołkami. Bałam się, że będą na mnie troszkę źli, że sobie pojechałam. Ale gdzie tam! Szczęśliwi i stęsknieni. A jak mamie łezki czasem w Dąbku poleciały z tęsknoty, tak moje Małe były podobno cały czas szczęśliwe. I ledwo znajdowały czas, żeby z mamą chwilkę pogadać przez telefon ;) Wyrzutów sumienia trochę miałam, ale rodzice mnie zapewniali, że zupełnie niesłusznie. Że dzieci potrzebują nie byle jakiej mamy, tylko mamy zdrowej. A niektórym zdrowie tak samo nie przychodzi.

Ponad 2 tygodnie udało się wygospodarować na tę rehabilitację. Niby powinnam jechać na troszkę dłużej, żeby to miało sens, ale lepsze to niż nic. I tak moi bliscy są ze mnie dumni, że pomyślałam o swoim zdrowiu i coś zrobiłam w tym kierunku, żeby nad nim popracować. I rzeczywiście – czuję się mocniejsza. Myślę, że szczególnie mi pomógł rezonans stochastyczny (na czucie głębokie) i kriokomora (na czucie skórne, mięśnie nóg i pleców). Na konikach za to się wzmocniłam. Z resztą podobnie, jak na indywidualnych ćwiczeniach z rehabilitantem. I tych grupowych. I tych z terapii zajęciowej. Było tego dużo, bo jeszcze nie liczę fizykoterapii. I z panią logopedą troszkę poćwiczyłam. Wspaniała atmosfera jest w tym Dąbku. Wręcz rodzinna. Było dobrze.

A teraz po powrocie – jest lepiej :) Bez tej tęsknoty, bo z moimi Skarbkami. A co się zmieniło, jak mnie nie było? Asi urósł jeden podbródek na babcinej kuchni ;) W ogóle powiem Wam, że jak wróciłam w piątek, to pierwszym co zrobiłam, było kupienie Asi nocniczka. I już w niedzielę była pierwsza kupa! Ale to raczej przypadek, bo jeszcze taka maleńka jest moja Maleńka. Wszystko przed nami :) Jacuś za to jest Panem Domu naszym już. Oprowadza gości, chwali się nowymi rzeczami, pokazuje gościom co się zmieniło, podsuwa pod nos słodycze… A ja puchnę z dumy.

1 komentarz:

  1. chyba najgorsze jest właśnie rozstanie z dzieckiem...ta tęsknota i dziwne wyrzuty sumienia że zostawiam na tak długo, choć wiedziałam że jest pod dobrą opięką z dziadkami i tatą. Pamietam jak w tamtym roku pomagał mi się pakować i tłumaczył żebym nie płakała bo jak wróce to nie będę miała ''ała'' i bedziemy chodzili na spacery. Szkoda że trafiłam na słabe sanatorium i była mała ilośc zabiegów.... życze powodzenia i wytrwałości w walce z chorobą. Może kiedyś spotkamy się na rehabilitacji :]

    http://smarzena.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń