Processing continues

Cześć kochani, dziś ciąg dalszy ostatnich milczących rozważań. 
 
Wszystko, co się dzieje w twoim hologramie… co kiedykolwiek się działo… wszystko co lubisz, wszystko co cię denerwuje… dzieje się PO COŚ. Coś ci ma pokazać. Im bardziej się budzę, tym bardziej rozumiem linie przyczynowo-skutkowe w moim życiu. Jak pięknie życie mnie prowadziło. Jedna rzecz do drugiej. Rozumiem. Kocham rozumieć. Jak musiałam przejść przez aikido, żeby znaleźć karate. Jak musiałam studiować informatykę, żeby odkryć psychologię. Ile się nauczyłam przez szkolną traumę. Ile z książek. Ile na wodzie. Rozumiem mistrzostwo ludzi, którzy mi towarzyszyli od dzieciństwa. 

Dzięki rozumieniu znaczenia i przyczynowości „przypadkowych” zdarzeń i ludzi w mojej podróży, mogę bardziej docenić, jak życie mnie kocha. Jak moja wyższa (głębsza) świadomość, o niższej gęstości, która dalej pozostaje w poza-fizykalnych planach – mnie kocha. I dba o mnie. Cały czas.

 Sama zaplanowałam sobie to życie, zanim tu przyszłam. To ja, to nie jakiś mój „anioł stóż”, to ja. Teraz nie mam pełnego dostępu do tej części mojej świadomości, stąd moja tęsknota. Za domem, za sobą. Ok, wszystko czego potrzebuję jest we mnie, ale nie wszystko co jest we mnie jest dla mnie dostępne. 3 wymiary z 15? Tak. Ale DNA się budzi. Więc przebitki wymiaru czwartego, zieleń, serce, świadomsze sny, miłość. Przebitki wymiaru piątego w twórczości i głębszej miłości do siebie, niebieski, gardło (TAK, zaczęłam malować!:). Przebitki wymiaru szóstego, indigo, przysadka, moja intuicja. Przebitki wymiaru siódmego, szyszynka, rzadkie momenty jedności ze wszystkim. Przebitki wymiaru ósmego, tarczyca, kolor złoty. Dzięwiąty, kolor srebrny, z tyłu głowy nad C1. Dziesiąty i jedenasty nad głową, dwunasty 30cm pod stopami. Tyle tu na Ziemi. D12 jest najwyższe dostępne. Przebłyskami. Święte momenty. 

Czy oddzielenie naprawdę było nam potrzebne? Jestem taka zmęczona. Życie mnie kocha i wszystko ma sens, ale czy nie dałoby się tego wszystkiego nauczyć w łatwiejszy i milszy sposób? To SM to TYLE ograniczeń. Robiłam i kochałam TYLE rzeczy, karate, żagle, narty, pływanie… Podróże… Teraz niby też to się DA zrobić, ale JAKIM kosztem… Chociaż, gdyby nie SM pewnie bym nigdy nie odkryła tai chi, tylko dalej trenowała karate. W basenie pewnie bym się dalej ścigała, zamiast ćwiczyć jogę. Pewnie bym nie szukała rozwiązań i nie skupiała się tak na odpowiedzi na pytanie, kim jestem. Pewnie bym była głębiej uwikłana w iluzję hologramu. 

No jestem zmęczona, fakt, ale decyduję się doceniać wszystko, co się dzieje. Najlepiej jak umiem. SM też. Kiedyś zrozumiem lepiej, po co to było. Płynę. Ufam. Eh Sheu-A' KhA' Ah-yah' UN-SA' RA'va. My relationship to God Source comes first. And so it is. Ta A'jha inTa DorA'.

Kocham Was bardzo, miejcie dziś ekstra dzień <3

 


Komentarze

  1. Ja się uparcie nie zastanawiam nad tym jak kiedyś to ja.... i jeszcze.... a teraz to niewiele. Biorę sobie na głowę jak najwięcej obowiązków i odpowiedzialności i je wypełniam, nie bacząc ile mnie to kosztuje , byle by robić coś ważnego wymiernego i trudnego .Lubie podejmować wyzwania. Dziekuje wszystkim za słowa podziwu i uznania- jak ja to zrobiłam ? Sama siebie podziwiam. Z zasady nie rozpatruje co tyło kiedyś. Było minęło. a teraz jest teraz i też można. się żyje , inaczej. Ale tyle podziwu ile dostaje od przypadkowych ludzi , nigdy wcześniej nie dostalam mimo ważnych osiągnięć. Mi nie służy patrzenie w głąb siebie , analiza stanów itd. Mi służy działanie.
    Miłego dnia Wam życzę i dużo zajęć , dużo potrzeb u bliskich , trudnych zadań by móc być lepszym niż się wczoraj było.
    Do dzieła !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jest teraz. Wtedy też było teraz. Nie myśleć o rzeczach, które były tylko działać, jak najbardziej. Ja jak wyciągnę z rzeczy wnioski, też nie mam potrzeby do nich wracać. Po prostu czasem trochę trwa, zanim te wnioski wyciągnę. Działanie, YES, działanie jest ekstra celem. Może się tylko okazać, że to działanie do czegoś prowadzi. I to też ok. Nie jest przypadkowe. Cegiełka do celu, którego czasem nawet jeszcze nie widać.

      :) Ja życzę sobie łatwych zadań. Radosnych i łatwych. Z jak najmniejszym oporem, jak najbardziej naturalnych. Nie musimy stawać się lepsi. Już jesteśmy najlepszą wersją nas samych, jaką możemy teraz być. A że to się zmienia z biegiem czasu… Nie sądzę, że dlatego, że sobie coś próbowaliśmy udowodnić albo kogoś zadowolić. Raczej dlatego, że płynęliśmy… Analizując się, czy też nie… żeby coś istniało, nie trzeba tego nazywać, ani nawet na to patrzeć.

      Usuń
  2. Kiedyś zrobiłam sobie podobną listę "bym nigdy nie odkryła tai chi, tylko dalej trenowała karate" tylko moja czytając Twoją była raczej taka codzienna...ale tworząc ją umiałam kilka prawdziwych odpowiedzi znaleźć na pytanie po co mi top SM...i czasem przytakuje sama sobie...ale jak się pojawi dzień kompletnej bezradności, to i płaczę, do księżyca wyję i to jest w porządku ;)też :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Koniec Agaty. Tak właśnie.

Barbara Kazana