czwartek, 12 maja 2016

Makes you go hmmm

To co mi się dzieje… Nie wiem do końca, czy to jest dobre. To był właśnie ten twist w buddyzmie. Taki detachment. Bo… jak mogę coś poprawić, skoro nie przeszkadza mi, że coś jest źle? Skoro ufam, że przecież będzie dobrze? Że wszystko jest zamierzone i większe od nas… Ale… przecież będzie. Przecież będzie dobrze. Zwiedzam sobie ten biegun. Podoba mi się. Ale nie jestem pewna. To prawda, z dwóch biegunów zdecydowanie wolę ten. Niż attachment ponad granice zwykłego sensu. Manifestacyjny szał. Przeciąganie preferencji poza granice, ku oczekiwaniom. Tu mam pokój. Przyzwolenie. Poddanie się. I, co najciekawsze, z bycia w stanie „engaged detachment” wcale nie zgubiłam tutaj tego „engaged”. Dalej robię co mogę, jak mogę najlepiej. I słucham, żeby wiedzieć, co właściwie robić powinnam.

Stonowanie uczuć, wewnętrzny pokój, to nie tylko stonowanie lęku, bólu. To też stonowanie ekscytacji. Co dalej? Zobaczę, co dalej. Taka jestem ciekawa… Ale… nie mogłabym teraz uczciwie powiedzieć, że nie mogę się doczekać, co będzie dalej. Nie czuję tej ekscytacji.

No wiem, to wszystko jest blokada. Może potrzebowałam ją teraz stworzyć, żeby czuć się jako tako. I nie dać się życiu przejechać… Odkrywam. Ja wiem, że to nie koniec… To dopiero początek. Na dobrą sprawę… jeszcze nie minął rok. I nawet to jest ok. Że jeszcze zostało sporo do zrobienia. To wszystko jest w porządku. 


Przekwitła jabłonka. Ciekawe czy będą owoce. Ostatnio nie było ani jednego jabłka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz